...cause your lord might make your dreams come true.
I dla tych, co obce języki mają gdzieś, tłumaczenie: Uważajcie, o co prosicie, bo możecie zostać wysłuchani.
W temacie tym przypomina mi się też stara dość piosenka Alanice Morisette, która, ciągle, niestety, bardzo trafnie opisuje to, co mi się w życiu przydarza. Chodzi o ironic.
PS Polskie wróżki są niekompetentne. Należy chodzić tylko do tych w Indiach. Kropka.
poniedziałek, 6 października 2008
piątek, 26 września 2008
Bezdomny ptak/Homeless bird
Siedział na łóżku. Po całym pokoju leżały porozrzucane liście leczniczego drzewa neem*. Hari był bardzo blady, ale sprawiał wrażenie ucieszonego moim przyjściem. - To dla ciebie - powiedziałam i położyłam kwiat na łóżku. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku panującego w pokoju, ze zdumieniem dojrzałam na ścianach z mułowych cegieł niekończące się szeregi przyszpilonych motyli i innych owadów. Musiało ich być setki, a każdy był inny. Chodziłam od jednego do drugiego i przyglądałam się jasnym kolorom motylich skrzydeł i dziwnym kształtom robaków.
- Skąd je masz? - zapytałam. Z dumą odpowiedział:
- To moja kolekcja. Gromadziłem ją, gdy byłem zdrowy. Odkąd jestem chory, ludzie mi je przynoszą. Znam nazwę każdego z nich. Jeśli znajdziesz jakiegoś motyla i robaka, musisz mi go przynieść.
- Mogłabym przynieść chrabąszcza, chociaż nie lubię ich dotykać. Ale nie chciałabym przypinać motyla do ściany.
- Musisz robić wszystko, co ci każę, bo jesteś moją żoną, a ja nie jestem zdrowy.
- Czy to poważna choroba?
Uniósł jeden z kwiatów i dotknął jego płatków.
- Tak - odpowiedział. Jego głos był ochrypły od kaszlu. Popatrzył na mnie posępnie. - Nie powinni zostawiać mnie samego, mógłbym przecież czegoś potrzebować - świdrował mnie wzrokiem spod długich rzęs. Gdy nic nie odpowiedziałam, dodał: - Słyszałem, jak doktor powiedział, że umrę.
- Nie wierzę ci! - Ale moje serce zaczęło walić w piersiach, bo jednak mu uwierzyłam.
(...) - Chcą mnie zabrać do Waranasi. Uważają, że kąpiel w Gangesie mnie uleczy.
Dodajmy, że bohaterka tej opowieści - Koli ma 13 lat, a Hari, chłopak, którego właśnie poślubiła, faktycznie umiera. Chytra rodzina zdążyła zgarnąć posag dziewczyny przed jego śmiercią. I wtedy zaczyna się koszmar Koli. Ta historia wcale nie dzieje się kiedyś dawno temu, za górami za lasami. Dzieje się teraz, w XXI wieku w Indiach.
* Drzewo Neem (czytaj: nim) - inaczej miodla indyjska - nazywane cudownym drzewem Indii; ekstrakt z jego liści stosuje się w leczeniu infekcji, stanów zapalnych i problemów skórnych.
"Bezdomny ptak"
Gloria Whelan
www.wydawnictwodwiesiostry.pl (Zuzanno Z. - wielkie dzięki za egzemplarz redakcyjny:)
wtorek, 23 września 2008
piątek, 19 września 2008
Absorbed/Pochłonięci
Pochłonięci. Zaangażowani. Zajęci. Zagadani. Zapomnieli się. Świata nie widzą. Nic się nie liczy, poza czasem teraźniejszym. Ważne jest tu i teraz. Sens chwili.
Obie powyższe sytuacje (obie w Bomaju) obserwowałam długo, zrobiłam wiele zdjęć. Ale ich bohaterowie kompletnie nie zwracali na mnie uwagi. Byłam niewidzialna. Zawsze o tym marzyłam!
Holy cow/Jeszcze o krowach
Cężko uwierzyć ludziom z naszej zachodniej kultury, że to głupie bydlę, to cielę, co się gapi na malowane wrota, ta krasula i mućka mogą być święte. A to jest całkiem prosta sprawa. Krowa daje 5 produktów. Są to: mleko, masło, ser, mocz i kał. Hindusi wierzą, że ich spożywanie, czyli rytuał Pańgawaja ma moc oczyszczającą duszę i ciało. Poza tym naukowcy indyjscy udowodnili, że żywa krowa odwdzięcza się człowiekowi możliwością przygotowania 15 tysięcy posiłków, a krowa zarżnięta daje ich zaledwie około stu.
Zabić krowy nie wolno, bo byłoby to wbrew zasadzie ahimsy, czyli niezabijania. Więc stare krowy przeważnie wypuszcza się na ulicę, ale są też dla nich specjalne goramsale, czyli przytułki dla bezdomnych krów. W Indiach istnieją od XII wieku. Dba się tam o krowich pensjonariuszy jak o prawdziwych emerytów. Goramsale utrzymują się ze sprzedaży suszonego gówna krowiego (wykorzystywanego na opał) oraz datków. Mięso martwych krów wyrzuca się na odludzie, tam rozdziobują je sępy. Jedynie skórę zwierząt można sprzedawać.
A co z chorymi zwierzętami? - spytacie. Jest pewien wyrafinowany sposób, by skończyć ich cierpienie. Szczegółów nie pamiętam, ale polega on w wielkim skrócie na tym, że krowy zabijają się wzajemnie, bez udziału człowieka. Krowie-killerowi montuje się na ciele specjalną uprząż, do której przypina się krowę-ofiarę. Krowa-killer przestraszona lub zmotywowana w inny sposób, kopie z całej siły, zabijając przy okazji ofiarę.
Agra
Delhi
A to Benares. I wnętrze najsłynniejszej knajpy dla freaków i travellersów, białych w ogóle. Wokół kręcą się ludzie: "marihuana?, hashish? Good stuff, really cheap!". A prawda jest taka, że do Shiva Cafe zaglądają wszyscy, nawet ci, którzy nie korzystają ze wskazówek biblii travellersów, i nie szukają wcale "cheap stuff". Po prostu nie można tu nie trafić. Choćby z powodu wszędzie widocznych reklam. Na każdym Ghattcie, czyli zejściu do Gangesu, na wymurowanych ścianach reklamuje się Shiva Cafe. A wewnątrz... Kolorowa mozaika białasów, przeważają Anglicy z nieobecnym wzrokiem i zarośnięci Amerykanie w wojskowych marynarkach. Dziewczyny ubrane w miejscowe szmaty. To dość czasem komicznie wygląda: blondynka w sari, z nadgarstkami aż po same łokcie obwieszonymi brzęczącymi bransoletkami, z pierścionkami na palcach u stóp, z setką koralików na szyi. Hinduska choinka.
Zabić krowy nie wolno, bo byłoby to wbrew zasadzie ahimsy, czyli niezabijania. Więc stare krowy przeważnie wypuszcza się na ulicę, ale są też dla nich specjalne goramsale, czyli przytułki dla bezdomnych krów. W Indiach istnieją od XII wieku. Dba się tam o krowich pensjonariuszy jak o prawdziwych emerytów. Goramsale utrzymują się ze sprzedaży suszonego gówna krowiego (wykorzystywanego na opał) oraz datków. Mięso martwych krów wyrzuca się na odludzie, tam rozdziobują je sępy. Jedynie skórę zwierząt można sprzedawać.
A co z chorymi zwierzętami? - spytacie. Jest pewien wyrafinowany sposób, by skończyć ich cierpienie. Szczegółów nie pamiętam, ale polega on w wielkim skrócie na tym, że krowy zabijają się wzajemnie, bez udziału człowieka. Krowie-killerowi montuje się na ciele specjalną uprząż, do której przypina się krowę-ofiarę. Krowa-killer przestraszona lub zmotywowana w inny sposób, kopie z całej siły, zabijając przy okazji ofiarę.
środa, 17 września 2008
Kolkatta's calling
Eastern dstrict of Kolkatta, near Mother Teresa's House
Wcale nie Kalkuta lecz Jodhpur dziś zadzwonił! 3 razy. Nic nie było słychać. W końcu sms: masz nową wiadomość w poczcie głosowej. Z wiadomości udało się tylko rozszyfrować: "...from Jodhpur. Call me back! Bye, take, care!" Extra, miło, super. Był to numer zastrzeżony.
czwartek, 11 września 2008
Indian twin win!/Bliźnięta są trendy
Z powodu niezidentyfikowanych błędów w komputerze i w związku z tym niemożności słuchania radia przez Internet do łask wrócił telewizor. Nie wiem, jakiej jest marki, bo się zatarała, ale rzeczywistość, którą mogę w nim zobaczyć nie jest tak boleśnie wyrazista, jak ta, którą można zobaczyc np. w telewizorze plazmowym. Kolorowym dodajmy. Bo ten telewizor jest czarno-biały. Kotka odgryzła mu antenę, więc działa tylko program pierwszy TVP. W tymże dzisiejszego poranka usłyszałam news, który mnie zainteresował z uwagi na m.in. powiązania z Indiami. Otóż genetycy z WHO wybierają się na badania do wioski Ko-gi-nji na południu Indii (nie pokazuje jej żadna mapa, więc nawet nie powiem wam, w którym stanie jest ta wieś). Dlaczego akurat tam? Kogo obchodzi jakaś wioska południowo-indyjska? Jadą tam dlatego, że rodzi się tu najwięcej na świecie bliźniąt. W 13-tysięcznej wiosce żyje teraz około stu par takich samych, bardzo urodziwych ludzi! Rodzice się cieszą, bo dla Hindusów posiadanie bliźniąt to honor, bo synowie wielkiego boga Słońca Suriji byli właśnie bliźniętami. Problem mają tylko nauczyciele, bo w jednej z prowincjonalnych szkół uczy się 20 par bliźniąt. Ciekawe, czy więcej jest dziewczynek czy chłopców.
W serwisie wypowiedział sie też jakiś hinduski ginekolog, którego wcale nie dziwi fakt, że w ciągu swojej kariery lekarskiej w wiosce zajmującej powierzchnię około dwóch kilometrów kwadratowych, miał już do czynienia z ponad setką przypadków bliźniaczych ciąż.
Hmm. Ja tam się nie znam, ale jest tak: we wsi są same bliźniaki. Prokreacja jest czynnikiem zbliżającym ludzi. Szukać daleko nikomu się nie chce, więc bliźnięta dobierają się w pary z innymi sąsiednimi bliźniętami. To chyba z punktu widzenia genetyki nie jest niczym dziwnym, że rodzice mający bliźniacze rodzeństwo mają bliźniacze dzieci. No ale to już naukowcy z WHO wyjaśnią bardziej naukowo z pewnością.
Ech, fajnie by było mieć takie dwa bobasy za jednym zamachem. Kasting...? Czy ktoś ma może bliźnięta w rodzinie? Tylko żadnego mi tu politykowania;-)
W serwisie wypowiedział sie też jakiś hinduski ginekolog, którego wcale nie dziwi fakt, że w ciągu swojej kariery lekarskiej w wiosce zajmującej powierzchnię około dwóch kilometrów kwadratowych, miał już do czynienia z ponad setką przypadków bliźniaczych ciąż.
Hmm. Ja tam się nie znam, ale jest tak: we wsi są same bliźniaki. Prokreacja jest czynnikiem zbliżającym ludzi. Szukać daleko nikomu się nie chce, więc bliźnięta dobierają się w pary z innymi sąsiednimi bliźniętami. To chyba z punktu widzenia genetyki nie jest niczym dziwnym, że rodzice mający bliźniacze rodzeństwo mają bliźniacze dzieci. No ale to już naukowcy z WHO wyjaśnią bardziej naukowo z pewnością.
Ech, fajnie by było mieć takie dwa bobasy za jednym zamachem. Kasting...? Czy ktoś ma może bliźnięta w rodzinie? Tylko żadnego mi tu politykowania;-)
sobota, 23 sierpnia 2008
23: India only/Tylko Indie w GW

Polecam dzisiejsze Wysokie. Jest tam o publicznym macaniu kobiet, i o przedziałach ladies only, o tragicznym losie wdów, o patriarchacie, feministkach i o Froncie Zjednoczonych Kobiet. Zajrzyjcie, a poznacie też taką hinduską Rajkowską i jej fascynacje ciałem i jego wydzielinami.
A historię Francuzów - Carol i Michela - już dawno powinnam wpisać w kalendarz moich prywatnych marzeń w rubrykę "plany". Toteż wpisuję. Na czerwono.
PS Dziś dwudziesty trzeci. Tym, którzy wiedzą, co to znaczy, powiem tylko tyle, że nastąpiło dziś, to co miało nastąpić już dawno. Jeszcze tylko druga część planu, chyba ta trudniejsza (a może wcale nie?), musi zostać wykonana.
wtorek, 19 sierpnia 2008
Ganesha likes milk/Pij mleko będziesz wielki!

Ganesha nadchodzi. Przełom sierpnia i września to jego święto. Niebawem indyjskimi ulicami miast zaczną przechodzić procesje tych, którym Ganesha jest bliski.
Będą rzucać kokosami o ziemię. Z całej siły.
Jeśli kokos się rozbije, następny rok będzie dobry.
Będą pić mleko. Kokosowe, only.
Będą nieść ogień.
Będą sypać kwiaty.
Będzie prawie jak w Boże Ciało.
Czteroręki Ganesha radośnie zamacha słoniową trąbą. Skąd ma tyle rąk, nie wiem (a może ktoś z was, moi drodzy, wie? wiem, że tu jesteście, widzę po rosnącej ilości odwiedzin na stronie, nie wstydźcie się, proszę...), ale wiadomo, dlaczego ma głowę słonia. Otóż, jak mówi legenda, Ganesha urodził się, kiedy jego ojca, wielkiego Siwy, nie było w domu. Wychowywała go żona Siwy, Parwati. Pewnego razu matka poprosiła Ganeshę, by pilnował drzwi w czasie jej kąpieli, kiedy nagle, po długiej nieobecności pojawił się Siwa i chciał się dostać do środka. Młody Ganesha dzielnie bronił wejścia do matki. Rozwścieczony ojciec, nie wiedząc, że to rodzony syn, odrąbał mu za karę głowę. Gdy dowiedział się, co zrobił własnemu dziecku, postanowił naprawić wyrządzoną krzywdę i dać Ganeshy głowę pierwszego napotkanego zwierzęcia. A że był nim słoń, Ganesha ma nos w rozmiarze XXL.
Ganesha, oprócz tego, że jest patronem biznesmenów, ale i złodziei (to taki duchowy odpowiednik Merkurego), to jeszcze zajmuje się cudami. Pewnego ranka, a było to 21 września 1995 roku, w świątyni w New Delhi Ganesha napił się mleka. W tym samym momencie napił się też w świątyniach hinduistycznych m.in. w Nowym Jorku, Australii, Nowej Zelandii, we Włoszech, W Niemczech i Danii. I na Sri Lance. Pił tak przez kilka godzin, niektóre źródła podają, że do południa, inne, że spragniony był przez 72 godziny. A potem przestał. Światowa Rada Hinduistyczna uznała, że kamienne posążki Ganeshy wchłaniające mleko to nic innego jak cud. Sceptycy (np. Discovery Channel i National Geographic) twierdzili (np. w programach tv), że to zwykłe oszustwo, mające na celu zwiększenie sprzedaży mleka, a figury je wchłaniające nie są wykonane z kamienia lecz z różnych łatwo absorbujących płyny materiałów, przypominających jedynie kamień.
Ganesha jest cwaniutki. Nie dość, że spija sobie mleko, to ma jeszcze dwie małżonki o wiele mówiących imionach: Buddhi, czyli inteligencja i Siddhi, czyli sukces.
Chyba go lubię.
A poniżej kilka zdjęc ze święta na jego cześć, w którym miałam przyjemność uczestniczyć dawno, dawno temu, w dzielnicy hinduskiej w Paryżu. Z duchową obecnością i wsparciem pewnego obywatela Sri Lanki.


czwartek, 14 sierpnia 2008
Indian Independence Day: 15.08
Miłość jest czymś najmocniejszym na świecie, a jednak nie można wyobrazić sobie nic bardziej skromnego.
Mahatma Ghandi (2.10.1869-30.01.1948)

Dzięki niemu dziś świętujemy 62. rocznicę odzyskania niepodległości przez Indie.
Trudno mi napisać wielki, ważny i potrzebny tekst o nim i na jego cześć, nie podejmuję się. A na pewno nie dzisiaj, nie w tym stanie ducha i umysłu. Dlatego podzielę się z wami tylko kilkoma drobnostkami z jego życia codziennego:
Od 36 roku życia żył w celibacie, mimo że miał żonę.
Raz w tygodniu praktykował "dzień milczenia".
Był wegetarianinem, oczywiście.
Kiedy miał lat 37 przestał czytać gazety, bo uważał, że wprowadzają one zbyt duży haos w jego umyśle. Do lektury prasy powrócił po ponad trzech latach.
Kiedy wrócił z Afryki, gdzie pracował jako adwokat, zdjął na zawsze europejskie ubranie, uznając je za rażący przejaw luksusu i bogactwa. Sam tkał material na ubrania, zachęcał też do tego innych Hindusów.
Polecam bardzo ten film z Benem Kingsleyem w roli Gandhiego.
A tu usłyszycie jego prawdziwy głos.
Włosi pożyczyli sobie jego wizerunek do reklamy. Ciekawe, czy też mówiłby o miłości, gdyby się o tym dowiedział. Pewnie tak.
PS Nie sądzilam, że będe tutaj zachęcać do odwiedzenia tej przeklętej galerii, w której nie ma obrazów, rzeźb, ani nawet sztuki nowoczesnej. Ale, tak, tak, zachęcam do odwiedzenia Złotych Tarasów. W sobotę, 16 sierpnia od godz. 16. Festiwal Indyjski Vande Mataram. Przyjdźcie, bądźcie, patrzcie, słuchajcie narodowej pieśni hinduskiej Vande Mataram i tańczcie.
Namaste
Mahatma Ghandi (2.10.1869-30.01.1948)

Dzięki niemu dziś świętujemy 62. rocznicę odzyskania niepodległości przez Indie.
Trudno mi napisać wielki, ważny i potrzebny tekst o nim i na jego cześć, nie podejmuję się. A na pewno nie dzisiaj, nie w tym stanie ducha i umysłu. Dlatego podzielę się z wami tylko kilkoma drobnostkami z jego życia codziennego:
Od 36 roku życia żył w celibacie, mimo że miał żonę.
Raz w tygodniu praktykował "dzień milczenia".
Był wegetarianinem, oczywiście.
Kiedy miał lat 37 przestał czytać gazety, bo uważał, że wprowadzają one zbyt duży haos w jego umyśle. Do lektury prasy powrócił po ponad trzech latach.
Kiedy wrócił z Afryki, gdzie pracował jako adwokat, zdjął na zawsze europejskie ubranie, uznając je za rażący przejaw luksusu i bogactwa. Sam tkał material na ubrania, zachęcał też do tego innych Hindusów.
Polecam bardzo ten film z Benem Kingsleyem w roli Gandhiego.
A tu usłyszycie jego prawdziwy głos.
Włosi pożyczyli sobie jego wizerunek do reklamy. Ciekawe, czy też mówiłby o miłości, gdyby się o tym dowiedział. Pewnie tak.
PS Nie sądzilam, że będe tutaj zachęcać do odwiedzenia tej przeklętej galerii, w której nie ma obrazów, rzeźb, ani nawet sztuki nowoczesnej. Ale, tak, tak, zachęcam do odwiedzenia Złotych Tarasów. W sobotę, 16 sierpnia od godz. 16. Festiwal Indyjski Vande Mataram. Przyjdźcie, bądźcie, patrzcie, słuchajcie narodowej pieśni hinduskiej Vande Mataram i tańczcie.
Namaste
niedziela, 10 sierpnia 2008
Say "NO" to Internet Ekshibitionism!
Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa. Julian Tuwim (1894-1953)
Ten wielki i ważny cytat zmusza do zastanowienia się nad pisaniem. A dokładniej nad blogowaniem. No bo czym jest to blogowanie? Niektórzy twierdzą, że blogi są głupie, ale i tak piszą. Rzecz w tym, że wznoszą się na nieosiągalne dla innych poziomy cynizmu, co bywa śmieszne. Jednak psychiatrzy poczucia humoru nie mają i uważają, że blogowanie to terapia, więc radzą: piszcie, ale nie wszystko! I uważajcie na nieprzychylne komentarze, bo one mogą narobić wiele szkody waszemu ego. (Toteż u mnie włączone jest moderowane komentarzy. Ale ontheotherhand to przecież tak, jakbym rozmawiała z kimś i nie akceptowała argumentów, które mi się nie spodobają. Despotyzm blogowy. OK, wyłączę to moderowanie.) Z kolei psychologowie się martwią, bo żyjemy w blogu, dzięki niemu, dla niego.
A gdybyście nie wiedzieli, to wam powiem: najwięcej na świecie blogują zadufani w sobie ale wciąż my beloved Francuzi. Piszą, jakżeby inaczej, o sobie.
Może nie przypuszczalibyście, ale bloggerki i boggersi w Indiach też mają się dobrze. Tu jest dowód.
Kalkuta, bardzo ważny pracownik w pewnej bardzo ważnej organizacji pozarządowej. A może by tak powrócić do długopisów?
Ten wielki i ważny cytat zmusza do zastanowienia się nad pisaniem. A dokładniej nad blogowaniem. No bo czym jest to blogowanie? Niektórzy twierdzą, że blogi są głupie, ale i tak piszą. Rzecz w tym, że wznoszą się na nieosiągalne dla innych poziomy cynizmu, co bywa śmieszne. Jednak psychiatrzy poczucia humoru nie mają i uważają, że blogowanie to terapia, więc radzą: piszcie, ale nie wszystko! I uważajcie na nieprzychylne komentarze, bo one mogą narobić wiele szkody waszemu ego. (Toteż u mnie włączone jest moderowane komentarzy. Ale ontheotherhand to przecież tak, jakbym rozmawiała z kimś i nie akceptowała argumentów, które mi się nie spodobają. Despotyzm blogowy. OK, wyłączę to moderowanie.) Z kolei psychologowie się martwią, bo żyjemy w blogu, dzięki niemu, dla niego.
A gdybyście nie wiedzieli, to wam powiem: najwięcej na świecie blogują zadufani w sobie ale wciąż my beloved Francuzi. Piszą, jakżeby inaczej, o sobie.
Może nie przypuszczalibyście, ale bloggerki i boggersi w Indiach też mają się dobrze. Tu jest dowód.
środa, 6 sierpnia 2008
Let's talk/Rozmawiajmy
Try to change this blog subject/Próba zmiany tematu
Miałam przeformułować tego bloga. Przestać pisać o Indiach. No bo ile można? Wyczerpanie tematu powinno nastąpić. Ani już tam nie jestem, ani nie planuję być w najbliższym czasie. Ale pisze Sanjay z Bodhgai. Że pada deszcz, monsun jest wyjątkowo obfity, więc z lekarstwami do wioski jeżdżą na motorach w pelerynach przeciwdeszczowych. W zeszłym tygodniu pojechali bez leków bo skończyły się pieniądze. Na szczęście na konto ktoś (zaprzyjaźniony biały) wpłacł 200 dolarów.
Pisze też Justyna, jest w Jaipurze, właśnie wróciła z Jodhpuru. Miasto pokazywał jej oczywiście przemiły Ram.
Z Kalkuty pisze Bip. Czy nie mogłabym mu w Polsce załatwić pracy? W branży IT? A właściwie to mogę też zostać ogrodnikiem w twoim ogrodzie. Dobra, ale nie mam ogrodu. Jeszcze.
A ten jeden list, na który bardzo bardzo czekam, nie przychodzi. Nie wiem, czy przyjdzie.
Tak więc, póki co, chociaż chcę, nie mogę za bardzo zmienić tematu tego bloga. Mogę tylko pozwolić sobie na pewne dygresje, które i tak na koniec pewnie okażą się związane z Indiami. Ale nie liczcie na to, że poddam się ogólnemu trendowi dającemu się zauważyć u bloggerów i będą to emodygresje (Uwaga, dowcip: Wiecie jak zdjąć emo z drzewa? Odciąć sznurek.). No bo, z całym szacunkiem, ale to dla mnie trochę jest dziwne: zamiast gadać ze sobą, to się ludzie wywnętrzniają przed ekranem komputera i przeżywają te różne stany ekscytacji, wiedząc, że właśnie ktoś, gdzieś to czyta (a może ONA? albo... ON?!). A ten ktoś, gdzieś to czyta, i faktycznie jak licealistka z wypiekami na twarzy czuje, że podgląda, że włazi w czyjeś życie, że gapi się w ekran, jak przez judasza w drzwiach, że jest szpiegiem, big brotherem. I zastanawia się, czy ma to, co czyta, traktować już osobiście, czy jest tylko przewrażlwiony. A potem spotykają się i się okazuje, że real to zupełnie inna historia.
Tak. Będzie tu więc t y l k o o Indiach.
Muzeum Indii, Kalkuta
PS Ma być nie-emo, więc napiszę to tak: Pewnej dziewczyny ostatnio przez chwilę tu nie było. Widziała światełko w tunelu i ma teraz drugie, lepsze życie. Tak, trzeba zakupić kask rowerowy. Tylko, że, hmm, gdzie znaleźć kask, który będzie pasował do mojego oldskoolowego roweru?!
Pisze też Justyna, jest w Jaipurze, właśnie wróciła z Jodhpuru. Miasto pokazywał jej oczywiście przemiły Ram.
Z Kalkuty pisze Bip. Czy nie mogłabym mu w Polsce załatwić pracy? W branży IT? A właściwie to mogę też zostać ogrodnikiem w twoim ogrodzie. Dobra, ale nie mam ogrodu. Jeszcze.
A ten jeden list, na który bardzo bardzo czekam, nie przychodzi. Nie wiem, czy przyjdzie.
Tak więc, póki co, chociaż chcę, nie mogę za bardzo zmienić tematu tego bloga. Mogę tylko pozwolić sobie na pewne dygresje, które i tak na koniec pewnie okażą się związane z Indiami. Ale nie liczcie na to, że poddam się ogólnemu trendowi dającemu się zauważyć u bloggerów i będą to emodygresje (Uwaga, dowcip: Wiecie jak zdjąć emo z drzewa? Odciąć sznurek.). No bo, z całym szacunkiem, ale to dla mnie trochę jest dziwne: zamiast gadać ze sobą, to się ludzie wywnętrzniają przed ekranem komputera i przeżywają te różne stany ekscytacji, wiedząc, że właśnie ktoś, gdzieś to czyta (a może ONA? albo... ON?!). A ten ktoś, gdzieś to czyta, i faktycznie jak licealistka z wypiekami na twarzy czuje, że podgląda, że włazi w czyjeś życie, że gapi się w ekran, jak przez judasza w drzwiach, że jest szpiegiem, big brotherem. I zastanawia się, czy ma to, co czyta, traktować już osobiście, czy jest tylko przewrażlwiony. A potem spotykają się i się okazuje, że real to zupełnie inna historia.
Tak. Będzie tu więc t y l k o o Indiach.
PS Ma być nie-emo, więc napiszę to tak: Pewnej dziewczyny ostatnio przez chwilę tu nie było. Widziała światełko w tunelu i ma teraz drugie, lepsze życie. Tak, trzeba zakupić kask rowerowy. Tylko, że, hmm, gdzie znaleźć kask, który będzie pasował do mojego oldskoolowego roweru?!
niedziela, 3 sierpnia 2008
My Personal Ad/Reklama osobista
Każdy może! Ty też! Naprawdę! To jest bardzo miłe i poprawia nastrój. W dodatku za darmo! A po wszystkim poczujesz się wypoczęty i zrelaksowany, twoje emocje opadną, harmonia ogarnie twe ciało i ducha. Idee się ucieleśnią, poczujesz, że znowu masz kręgosłup moralny i że "stymuluje cię kosmos"*. I zachce ci się nawet powiedzieć "dzień dobry" tej sąsiadce, co się nigdy nie odzywa, a jak już coś powie, to jest to (w windzie): "ojezucotosięterazporobiłopaniepsyciaglewtejwindzieszczajom". Albo zmobilizujesz się i pójdziesz do tej galerii po drugiej stronie rzeki, do której wybierasz się od miesiąca i jakoś nie możesz dojść. Poczujesz skrzydła i wyślesz w końcu tego esemesa albo napiszesz mejla. Pojedziesz na Marysin. A może i na Żoliborz. Rzucisz palenie i picie. A może nawet, kto wie, ugotujesz obiad. Kto wie, do czego jeszcze będziesz zdolny po.
I nie chodzi tu wcale o sex. Choć i w tym zakresie bardzo pomocna jest YOGA.

Pamiętajcie: w każdą niedzielę sierpnia w Warszawie, Krakowie, Sopocie, Łodzi, Toruniu i Wrocławiu. Startujemy o 10.30. Seeya.

* Cytat z "Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej" Michała Witkowskiego. Piękny miałam dzień, kiedy to przeczytałam rano, jadąc autobusem do pracy.
I nie chodzi tu wcale o sex. Choć i w tym zakresie bardzo pomocna jest YOGA.
Pamiętajcie: w każdą niedzielę sierpnia w Warszawie, Krakowie, Sopocie, Łodzi, Toruniu i Wrocławiu. Startujemy o 10.30. Seeya.
* Cytat z "Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej" Michała Witkowskiego. Piękny miałam dzień, kiedy to przeczytałam rano, jadąc autobusem do pracy.
środa, 30 lipca 2008
Which village you are, my brother?/Z jakiej wioski jesteś, bracie?
To pytanie zadał widocznemu na poniższym zdjęciu na pierwszym planie Mike'owi ten człowiek w szaliku widoczny na zdjęciu na planie drugim. A było to w marcu na dworcu w Patnie. Po najtańszej kolacji, jaką zjedliśmy w Indiach (10 Rupees), czekaliśmy na pociąg do New Jaipalguri, skąd mieliśmy dostać się do Darjeeling.
Do Patny rzadko przyjeżdżają biali. Chyba dlatego pan w szaliku był podekscytoway patrząc na takich dziwnych ludzi. Uśmiechał się. Mike zdjął buty, wyjął książkę (coś Johna Grishama). Hindus też zdjął klapki i usiadł tak, jak Mike. Zaglądał mu przez ramię do książki, w końcu nie wytrzymał i poprosił: Can I look? Yes, yes! Wziął z namaszczeniem książkę i, przyrzekam, tak było: odwrócił ją do góry nogami i kartkował, tak, jakby czytał. No a potem to już tylko padło to pytanie: Z której wioski jesteś, bracie?
Piękne.

Ale, ale - kim jest Mike? To taki chłopak z USA, spod Nowego Jorku dokładniej. Jechał z nami autobusem z Bodhgai. Mike ma kilku (ilu, Ed, pamiętasz?) braci. Wszyscy są malarzami pokojowymi, prowadzą rodzinny biznes. Na wizytówce firmowej jest takie zdjęcie: bracia mają długie włosy i brody, uśmiechają się. Coś tam & synowie company. Rodzice Mike'a to dawni hippisi. Nie posyłali swoich dzieci do szkoły, lecz praktykowali home-school. Na wiele różnych pytań dotyczących wiedzy ogólnej Mike odpowiada więc: "I don't know, you know, I didn't go to school...". Jak to?! - pytają wtedy wszyscy. Mike tłumaczy swoje "braki w wykształceniu" (to jego słowa) tym, że rodzice byli leniwi i często lekcje po prostu się nie odbywały.
Skarpetki Mike'a są nie do pary. A kiedy się zużywają, kupuje nowe, zakłada, a stare wyrzuca.
Mike przykłada do powiek ciepłe, mokre torebki herbaty - to mu dobrze robi.

Mike kupuje chipsy i coca-colę. Jest nieśmiały. Mike też dużo milczy (ale o tym Edek może powiedzieć coś więcej). Kiedy się denerwuje, cichutko pogwizduje. Acha, gra na jakimś instrumencie... Na perkusji?
Do Patny rzadko przyjeżdżają biali. Chyba dlatego pan w szaliku był podekscytoway patrząc na takich dziwnych ludzi. Uśmiechał się. Mike zdjął buty, wyjął książkę (coś Johna Grishama). Hindus też zdjął klapki i usiadł tak, jak Mike. Zaglądał mu przez ramię do książki, w końcu nie wytrzymał i poprosił: Can I look? Yes, yes! Wziął z namaszczeniem książkę i, przyrzekam, tak było: odwrócił ją do góry nogami i kartkował, tak, jakby czytał. No a potem to już tylko padło to pytanie: Z której wioski jesteś, bracie?
Piękne.
Ale, ale - kim jest Mike? To taki chłopak z USA, spod Nowego Jorku dokładniej. Jechał z nami autobusem z Bodhgai. Mike ma kilku (ilu, Ed, pamiętasz?) braci. Wszyscy są malarzami pokojowymi, prowadzą rodzinny biznes. Na wizytówce firmowej jest takie zdjęcie: bracia mają długie włosy i brody, uśmiechają się. Coś tam & synowie company. Rodzice Mike'a to dawni hippisi. Nie posyłali swoich dzieci do szkoły, lecz praktykowali home-school. Na wiele różnych pytań dotyczących wiedzy ogólnej Mike odpowiada więc: "I don't know, you know, I didn't go to school...". Jak to?! - pytają wtedy wszyscy. Mike tłumaczy swoje "braki w wykształceniu" (to jego słowa) tym, że rodzice byli leniwi i często lekcje po prostu się nie odbywały.
Skarpetki Mike'a są nie do pary. A kiedy się zużywają, kupuje nowe, zakłada, a stare wyrzuca.
Mike przykłada do powiek ciepłe, mokre torebki herbaty - to mu dobrze robi.
Mike kupuje chipsy i coca-colę. Jest nieśmiały. Mike też dużo milczy (ale o tym Edek może powiedzieć coś więcej). Kiedy się denerwuje, cichutko pogwizduje. Acha, gra na jakimś instrumencie... Na perkusji?
wtorek, 29 lipca 2008
Pop cultural set for girl and boy/Zestaw popkulturalny dla dziewczyny i chłopaka
Zestaw zmieścił się bąbelkowej kopercie A4: kilka płyt z muzyką pop (w tym "The confession Tour" Madonny na dwóch krążkach), cztery naszyjniki i cztery bransoletki na nogę (obowiązkowa biżuteria każdej hinduskiej kobiety), kosmetyczka w kolorze magenty [czytaj: madżęty], wisiorek w kształcie serca na niebieskiej wstążce
i elektroniczny zegarek-breloczek w kształcie kwiata. Justyna obiecała dołożyć jeszcze plakat z jakąś blondwłosą gwiazdą płci żeńskiej. Taką, która dobrze będzie wyglądała na ścianie nad łóżkiem chłopaka. Doda...? Tak, ona byłaby, niestety, przykładem tego, co lubimy w Polsce (choć niektórzy uważają ją za feministkę). W pewnych kręgach, oczywiście. Ale nie. Nie, nie, nie. Ona jest taka wyzywająca i na pewno pan Yadav nie pozwoli zawiesić jej na ścianie... Nad łóżkiem Gautama! Tak, właśnie tam. Bo Justyna poleciała dziś do Delhi. Spotka się tam z jego bratem Sanjayem, a potem, za jakiś tydzień, po cudach
w Agrze i po Shiva Cafe w Benares odwiedzi naszą ulubioną rodzinę.
I zamieszka w tym samym pokoju, w którym spałyśmy na drewnianych pryczach, i pozna Baby, która ją zagada i oczaruje, zawstydzi się odrobinę pod bacznym spojrzeniem pani mamy Yadav, rano zje chiapatti i pójdzie z Gautamem zobaczyć drzewo Buddy. Ale jej zazdroszczę.
Gautam otworzy kopertę i wyjmie z niej kilka obiecanych, wydrukowanych (!) fotek. Zobaczy też to zdjęcie. Tak bardzo, bardzo chciał je mieć. A jak się czegoś bardzo, bardzo chce, to się w końcu to dostaje.

PS Och, ale świnia ze mnie: muszę mu odpisać na tego esemesa z maja.
PS 2 Blogerka ze mnie też kiepska, okej, przyznaję. Ale dodanie u Ewy zobowiązuje, więc obiecuję poprawę. A także drobne przeformułowanie tematu. Coming soon!
i elektroniczny zegarek-breloczek w kształcie kwiata. Justyna obiecała dołożyć jeszcze plakat z jakąś blondwłosą gwiazdą płci żeńskiej. Taką, która dobrze będzie wyglądała na ścianie nad łóżkiem chłopaka. Doda...? Tak, ona byłaby, niestety, przykładem tego, co lubimy w Polsce (choć niektórzy uważają ją za feministkę). W pewnych kręgach, oczywiście. Ale nie. Nie, nie, nie. Ona jest taka wyzywająca i na pewno pan Yadav nie pozwoli zawiesić jej na ścianie... Nad łóżkiem Gautama! Tak, właśnie tam. Bo Justyna poleciała dziś do Delhi. Spotka się tam z jego bratem Sanjayem, a potem, za jakiś tydzień, po cudach
w Agrze i po Shiva Cafe w Benares odwiedzi naszą ulubioną rodzinę.
I zamieszka w tym samym pokoju, w którym spałyśmy na drewnianych pryczach, i pozna Baby, która ją zagada i oczaruje, zawstydzi się odrobinę pod bacznym spojrzeniem pani mamy Yadav, rano zje chiapatti i pójdzie z Gautamem zobaczyć drzewo Buddy. Ale jej zazdroszczę.
Gautam otworzy kopertę i wyjmie z niej kilka obiecanych, wydrukowanych (!) fotek. Zobaczy też to zdjęcie. Tak bardzo, bardzo chciał je mieć. A jak się czegoś bardzo, bardzo chce, to się w końcu to dostaje.
PS Och, ale świnia ze mnie: muszę mu odpisać na tego esemesa z maja.
PS 2 Blogerka ze mnie też kiepska, okej, przyznaję. Ale dodanie u Ewy zobowiązuje, więc obiecuję poprawę. A także drobne przeformułowanie tematu. Coming soon!
wtorek, 3 czerwca 2008
Blue
Subskrybuj:
Posty (Atom)