piątek, 2 grudnia 2011

"Lalki w ogniu" Pauliny Wilk/ Great book about India

Bardzo dobra książka.



Szkoda, że nie umiałam takiej napisać.

I polecam ciekawy blog autorki.
Paulina Wilk to pasjonatka Indii, mądra dziewczyna, pokrewna dusza. Tadam! super - nie jestem sama w mojej miłości! Ale moja miłość do Indii przy jej miłości do tego kraju to jak jeszcze świeży, ale już nieco dogorywający i wymagający rozpalania na nowo romantyczny związek w stosunku do związku dobrze dobranego, w którym partnerzy rozumieją się i wiedzą, że chcą się razem zestarzeć.

piątek, 30 września 2011

Indian Art in PL National Gallery/Nowa Sztuka z Indii


Przebrania, Nandini Valli Muthiah

Bardzo polecam wystawę w warszawskiej Zachęcie "Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii". Spodoba się nie tylko tym, którzy byli w Indiach i się nimi zachwycili, ale też tym, którzy są po prostu ciekawi tego, jak tworzą indyjscy artyści. Nie spodziewajcie się jednak przekrojowej wystawy ukazującej trendy we współczesnej sztuce. Trzeba raczej przygotować się na bycie zaskoczonym.

Byliśmy na wernisażu razem z Polą.



Jej też się podobało, ale tylko na początku, kiedy poznała swojego pierwszego hinduskiego kolegę w podobnym do niej wieku. Podobały jej się też przenośne składane stoliki będące jednocześnie tornistrami, z których korzystają hinduskie dzieci ze slumsów.





Mnie podobały się buty. Misternie wyszywane, z koralikami i cekinami. Dużo butów, na każdy dzień inne. Prawie tak, jak w mojej szafie, bo ja kocham buty. Z czego jednak połowa w mojej kolekcji była noszona raz lub najwyżej kilka razy. Ale są i takie, które są już całkiem znoszone, ale jakoś nie mogę ich wyrzucić. Ale Swati Khurana, autorka instalacji "Cykl miesięczny" chciała chyba swoimi butami powiedzieć, że każdego dnia c y k l u kobieta ma ochotę założyć inne buty. Prawda, że tak jest? Bywają takie dni, że żadne buty do niczego nie pasują, że nic z niczym się nie komponuje i nawet jeśli to Manolo albo paryska Marina to i tak wiemy, że dzisiaj nic z tego i że najlepiej byłoby nie wychodzić z domu. O tym, jak indyjskie kobiety znoszą trudne dni, pisałam kilka postów wcześniej. Dotyczyło to jednak głównie kobiet żyjących na wioskach i tych w tradycyjnych rodzinach. Kluczowe dla tej wystawy słowo - przemiana - bardzo dobrze widać właśnie w tej małej instalacji. Buty, które zawisły na ścianie, mimo, że misternie wykonane, co nawiązuje do tradycji, to jednak są w większości na wysokich obcasach, mają sprzączki, paseczki, gumki. Takie buty noszą od niedawna tylko nowoczesne dziewczyny w dużych miastach. Instalacja ta jest tym bardziej znacząca w kontekście przemiany społeczeństwa indyjskiego, że powstała na 50. rocznicę wynalezienia pigułki antykoncepcyjnej. Nie znam osobiście ani jednej kobiety, która głośno mówiłaby o tym, że stosuje pigułkę, ale może to dlatego, że znam głównie kobiety z tradycyjnych rodzin. I w tym właśnie rzecz, że zderzenie tradycji z nowoczesnością nie znajduje płaszczyzny porozumienia. To, co we współczesnych magazynach kolorowych dla kobiet wypisują młode dziennikarki nijak ma się do rzeczywistości kastowego społeczeństwa Indii, w którym zamiast pigułki stosuje się raczej aborcję dziewczęcych płodów po to, by uniknąć w przyszłości problemów z zapewnieniem posagu córce, co jest dla większości rodzin bardzo dużym wydatkiem. Mimo, że prawo zakazuje domagania się posagu od rodziny przyszłej żony, to praktyki takie są powszechne i akceptowalne.





Tytułowe pokolenie przemiany widać na zdjęciach Anaya Manna, który tak właśnie nazwał swój cykl. Sportretował głównie młodych ludzi w ich prywatnych sytuacjach - w domu na łóżku, na dyskotece, imprezie. To całkiem zwykli, niemal "europejscy" młodzi ludzie. Grają na gitarach, mają rewolucyjne plakaty, wiedzą, co się stało w mieście Bhopal. Wcale nie noszą sari ani kurt, nie malują kropek na czołach, nie mają w pokojach ołtarzyków i nie palą kadzidełek - chyba że po to, żeby odstraszyć komary.





Przemiana, która następuje w społeczeństwie Indii, jest zauważalna ale zastanawiając się nad wystawą wcale nie pomyślałabym, że chodzi w niej o to, "by zadowolić zachodniego konsumenta" - jak sądzi Dorota Jarecka z GW. Owszem są wątki, które pokazują, jak nowocześni są mieszkańcy Indii (np. wspomniany tytułowy cykl zdjęć Anaya Manna), ale przede wszystkim prace w Zachęcie pokazują Indie takie, jakie są, nic sobie nie robiąc z ewentualnych oczekiwań odbiorców wystawy. (Chyba od zawsze sztuka niewiele sobie robiła z oczekiwań odbiorców). Przyznam się, że obejrzałam wszystko dwa razy. Dlatego, że pomysł wybrania się na wernisaż z Polą okazał się nie do końca trafiony, bo podczas otwarcia w Zachęcie kłębiły się tłumy ludzi, było gwarno i głośno, błyskały flesze w twarze warszawskich celebrytów, a w dodatku DJ miksował indyjską muzykę, a gawiedź niecierpliwiła się, czekając na zapowiadany poczęstunek egzotycznych dań z Indii. Wszystko to sprawiło, że Pola szybko się zmęczyła i zaczęła marudzić, więc wyszliśmy, rezygnując z części wystawy, z oglądania filmów zwłaszcza. Ale wybrałam się na wystawę ponownie także po to, żeby ją lepiej zrozumieć. I utwierdziłam się w przekonaniu, że nie przemawiają do mnie zbyt mocno wątki historyczno-warszawskie, których jest sporo na wystawie. Dla Indusów to, że miasto zostało zburzone i tyle tragedii się tu wydarzyło jest faktem, którego jako dojrzali artyści goszczący w mieście z taką przeszłością nie mogli pominąć - stąd te nawiązania, stąd ściany z powypisywanymi skojarzeniami spotkanych na ulicy z miastem, co przecież, poza pomysłem, nie ma nic wspólnego ze sztuką indyjską. Stąd być może też różaniec z białych kulek, z których każda ma średnicę około pół metra. Dotarło do mnie też - banał - że Indie ciągle są bardzo różne. Pokuszenie się o ocenę, jakie są Indie, jest samo w sobie karkołomnym przedsięwzięciem, bo przecież każda twarz Indii jest prawdziwa, i jak powiedział kiedyś indyjski ekonomista i laureat nagrody nobla Amartya Sen "trudność w zrozumieniu Indii polega na tym, że jeśli jakaś opinia o tym kraju jest słuszna, to jednocześnie prawdziwe jest również jej zaprzeczenie".
Z jednej strony na wioskach kobiety rodzą dzieci na szmacie rozłożonej na glinianej podłodze w chacie - oglądamy kolejne fazy porodu na zdjęciach z cyklu "Narodziny", fotografki Gaurii Gill, a rodzącej radżastańskiej kobiecie pomaga jedynie inna kobieta, nie ma narzędzi, leków, ani środków czystości - wszystkich atrybutów porodu szpitalnego, jedynie prześcieradła do owinięcia dziecka. Z drugiej - gdzieś w wielkim mieście jest bohaterka filmu Gitanjali Rao "Drukowana tęcza", staruszka mieszkająca z kotem na bardzo wysokim piętrze wieżowca cierpi z powodu samotności. Jej jedyną rozrywką jest przenoszenie się w wyobraźni do lepszych miejsc, kiedy ogląda rysunki na pudełkach od zapałek, które kolekcjonuje i którymi wymienia się z innym samotnym staruszkiem. Historia ta kończy się w bardzo wzruszający sposób. Choćby dla tego filmu (zdobył nagrodę Small Golden Rail w 2006 roku w Cannes) warto wybrać się na wystawę w Zachęcie. Trudno jednak powiedzieć czy akcja tej przepięknie animowanej opowieści dzieje się w Indiach, czy jest to obrazek z życia emigrantów indyjskich w Nowym Jorku lub w Londynie. A jeśli nie możecie przyjść do Zachęty, to koniecznie obejrzyjcie 15-minutowy film tutaj.
A zanim tam klikniecie, obejrzyjcie ten minutowy filmik, o wymownym dla mnie tytule "BLUE".


I jeszcze "Orange". Ani "Blue, ani "Orange" nie zobaczycie w Zachęcie. "Orange" nie został dopuszczony do obiegu przez indyjską cenzurę, ale dostał kilka międzynarodowych nagród. A pytanie "Have you ever been lucky in love?" niech dźwięczy wam w głowach. Hipnotyzujące.

środa, 24 sierpnia 2011

Get off your TV/ Kiniarze z Kalkuty



Przeczytałam w sobotniej Wyborczej, że Andrzej Fidyk został właśnie szefem redakcji dokumentalnej TVP. Zacna i wymagająca to funkcja - tak sądzę, choć telewizję oglądam tylko u rodziny, w hotelowych pokojach albo w różnych poczekalniach, np. u dentysty. Kiedy ostatnio u niego byłam, telewizor odbierał TVN, a pilota nigdzie w poczekalni nie było, zmuszona więc byłam obejrzeć program Sędzia Anna Maria Wesołowska. Czułam się zażenowana, patrząc na nieudolną grę amatorów. Koślawej i sztucznej gry nie usprawiedliwia tłumaczenie, że taka to formuła. Cieszę się, że jednak nadal nie mam telewizora. To już cztery lata - w Polsce, a wcześniej prawie dwa w Paryżu. To zabawne bo kiedy wróciłam do Polski zaprzyjaźniona portugalska gardianka przesyłała mi listy z urzędu skarbowego siódmej dzielnicy, które przychodziły na adres mojego chambre de bonne. Listy przypominające o zapłacie podatku z tytułu posiadania telewizora. Nie posiadałam go, ale za to miała go staruszka, od której wynajmowałam bardzo paryskie mieszkanko. Nie pomógł list, który wysłałam już z Polski, tłumacząc, że nie miałam telewizora, ponaglenia do zapłaty przychodziły nadal. W każdym razie wydaje mi się, że dokument obok dobrego filmu powinien być w telewizji na wysokim poziomie, nowy szef sprosta wyzwaniu, bo redakcji dokumentalnej już kiedyś szefował. O tej roszadzie personalnej (poprzednia szefowa redakcji została teraz zastępcą Fidyka) musiała wiedzieć Graża Torbicka, która postanowiła reżysera wypromować lub może raczej przypomnieć o nim na swoim festiwalu filmowym w Kazimierzu Dolnym.


Fidyk po projekcji filmu spotkał się z publicznością, a spotkanie było nagrywane i miało (ma?) pojawić się w TVP. Dlaczego tu o tym piszę? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jeśli być może obejrzycie tę relację, to usłyszycie w tle radosne piski i okrzyki Poli (o ile ich nie wyciszono). Po drugie film, który Fidyk pokazał na festiwalu Dwa Brzegi (reżyser znany jest z dokumentów pokazujących różne dalekie zakątki świata), to Kiniarze z Kalkuty. Kino o kinie, film o robieniu filmu. Fidyk towarzyszył "ekipie filmowej", która jeździ po indyjskich wioskach i pokazuje filmy. W filmie widać oczywiście w pełnej krasie kolory Indii, słychać muzykę. Pola była tymi widokami zachwycona i o g l ą d a ł a film z wielkim zaciekawieniem, machając z radości od czasu do czasu rękami i nogami.


Mniej już chyba podobało jej się na drugim w życiu filmie. Podczas projekcji "Poznasz przystojnego bruneta" w sali gimnastycznej szkoły podstawowej w Zwierzyńcu zaaranżowanej na kino Pola aż dwa razy zrobiła kupę, a potem poszła spać. Woody Allen chyba nie jest jej ulubieńcem. Tak jak i jej mamy. Za to bardzo jestem zadowolona z faktu, że pierwszym filmem, który obejrzała jest film o Indiach właśnie. Sądzę, że będzie jej się podobało tak bardzo jak mnie, kiedy już tam pojedziemy. Kontynuując jednak wątek posiadania telewizora muszę opowiedzieć jedną scenę z filmu Fidyka. Otóż filmowcy przyjeżdżają do wioski, w której nikt nigdy nie widział ani kamery, ani taśmy filmowej, ani w ogóle nie wie o istnieniu kina. Tubylcy oglądają więc z otwartymi szeroko oczami i ustami pierwszy w swoim życiu film - pełen głupich scen przemocy, walk, strzelanin, generalnie film taki, że nawet telewizja polska nie kupiłaby go nawet na wakacje.


Po projekcji szef wioski podziękował ekipie za to, że do nich przyjechała. Poprosił też, żeby filmowcy więcej do nich nie przyjeżdżali z kinem, bo mieszkańcy mają dużo różnych zajęć, a wolnym czasie muszą myśleć nad wieloma sprawami, a kino by im w tym tylko przeszkadzało. Czyż to nie piękna puenta oraz argument dla tych, którzy zastanawiają się nad pozbyciem się telewizora?

piątek, 8 lipca 2011

Amal/Rikszarz



Wzruszająca historia! O człowieku tak dobrym, że mógł niestety istnieć chyba tylko w filmie. A wcześniej w opowiadaniu - debiucie pisarskim a potem filmowym reżysera Richie Mehta (nie jest spokrewniony z Depą Mehtą). "Rikszarz" nie ma nic wspólnego z filmem "Mój przyjaciel rikszarz", o którym pisałam dwa posty wcześniej. Zaskakujące zakończenie, dużo Indii (akcja dzieje się w New Delhi) i złość, którą wywołuje widok podłych i chciwych ludzi spowodowały, że oglądałam film z wypiekami na twarzy i bardzo się zdenerwowałam, kiedy w jednym z kluczowyh momentów zacięła się strona www.iplex.pl, na której film oglądałam. Kontrast pomiędzy dobrem a złem jest w filmie tak widoczny bo zło zestawione jest z niedzisiejszą jakby postacią dobrego Amala - tytułowego rikszarza. Naprawdę polecam. Film sprawia, że - może na chwilę, może na dłużej - udaje się przewartościować znaczenie pięniędzy, przyjaźni i miłości - jakkolwiek banalnie to brzmi.

sobota, 18 czerwca 2011

Best book to fall asleep/Książki do zasypiania

Najlepsze-spóźnione życzenia z okazji Dnia Dziecka. Pola w tym dniu pojechała na wycieczkę do jednej z największych redakcji magazynów dla dzieciaków i nastolatków. Do mojej redakcji. Jeszcze nie skumała, że to raj dla dzieci, i że każdy chciałoby mieć mamę, która robi Scooby-Doo albo Kaczora Donalda. Niech dowodem na to będzie córka redakcyjnej koleżanki, która chwali się w przedszkolu, że jej mama pracuje w ulubionym magazynie. Kiedyś po powrocie do domu zdegustowana powiedziała: "Mamo, a Kasi mama pracuje w takiej gazecie, co się nazywa gazeta. Co to w ogóle za nazwa taka - gazeta?!".
Poli póki co jest wszystko jedno, co jej czytam, zasypia tak samo świetnie przy gazecie jak i przy "Co to znaczy..." Grzegorza Kasdepke (nabytek z ostatnich targów książki - pierwszych, na których Pola była). Ja też zasypiam. Kiedy w ciągu jednej nocy wstaje się kilka razy, to zasypianie staje się potem osią następującego po takiej nocy dnia. Zasypianie w domu, w parku, w samochodzie stojącym w korku. Bardzo staram się jednak nie zasypiać w parku na ławce, kiedy Pola w wózku spokojnie oddycha sobie tlenem znad Wisły i Parku Praskiego, a ja wystawiam moją piegowatą twarz pełną nabytych po ciąży pieprzyków na niebezpieczne promienie słoneczne. Jak wiadomo - na słońcu śpi się najprzyjemniej przecież. Ten półsen, w jakim funkcjonuję za dnia, trochę pokrzyżował mi plany, które zamierzałam realizować na urlopie macierzyńskim. Plany miały związek także z książkami, a te też mnie usypiają. Choć nie zasnęłam przy książce "Reporterzy bez fikcji" Agnieszki Wójcińskiej. To zbiór bardzo inspirujących rozmów z polskimi reporterami i reportażystkami. Hugo-Bader, Ostałowska, Pietkiewicz, Smoleński, Surmiak-Domańska, Tochman, Szejnert. Tak się składa, że ich książki, albo zbiory reportaży m.in. z ich tekstami mam w swojej biblioteczce. Lubię literaturę faktu, bardzo do mnie przemawia głos rzeczywistości.

Ale za to usypiam przy książkach z Indiami w tle. Najpierw zmęczyła mnie "Alchemia pożądania" indyjskiego dziennikarza Taruna J. Tejpala.

Dziwi mnie własna reakcja, bo przecież połączenie pożądania i pisania - bo to są tematy tej książki - zazwyczaj wywołuje zaciekawienie i oddanie się lekturze z wypiekami na policzkach. Być może dlatego, że obecnie pożądanie w moim życiu zastąpione zostało przez wypływanie mleka. Więc zmęczyły mnie opisy scen łóżkowych w tej książce tak, że ją oddałam do biblioteki (którą mam w budynku - to cudowne mieć taką instytucję w bloku!).

A „Aranżowane małżeństwa” złoszczą mnie. Denerwują.

Bo w każdym niemal z 11 opowiadań o kobietach mężczyźni je sobie wybierają, a rodzice kobiet wystawiają je na sprzedaż, prezentując jak konie na targu. Ot choćby w opowiadniu "Zniknięcie" facet pisze z Ameryki do matki:

Ożenię się, jeśli znajdziesz mi cichą, ładną dziewczynę, nie tak obcesową, jak współczesne dziewczęta w Kalkucie i nie przesiąkniętą zachodnimi ideami. Taką, która będzie gotowa zdać się na męża w ważniejszych decyzjach. Powinna być też niegłupia, dobrze by było, gdyby przynajmniej przez rok uczyła się w college'u - wtedy będę mógł ją z dumą zaprezentować znajomym. (...)

Żona znika, a mąż:

Był dobrym mężem. Nikt nie mógł zaprzeczyć. Pozwalał jej mieć swoje zdanie, a nawet ją rozpieszczał. (...) W innej sferze też starał się być uczciwy. W seksie. Żona zawsze mówiła: "Proszę, nie dzisiaj, nie jestem w nastroju". Nie miał jej tego za złe. Była w końcu dobrze wychowaną hinduską dziewczyną. Nie oczekiwał, że będzie się zachowywała jak amerykańskie kobiety na filmach, które czasem oglądał na wideo. Krzyczały, gryzły i robiły rzeczy, na widok których robiło mu się gorąco. Ale jej niechęć wykraczała poza kobiecą skromność. (...) Wieczorem przed zniknięciem zaczęła myć okna, położyła syna spać, czyściła dywaniki, choć on już powiedział "Chodźmy spać". Nie można go więc było winić, że nieraz podnosił głos (jednakże nigdy tak, by obudzić dziecko), chwytał ją za łokieć i ciągnął na łóżko. Tak było ostatniej nocy. Zawsze starał się być delikatny. Nigdy nie pozwolił sobie nawet na lekkiego klapsa, tak jak mężczyźni, których znał. I zawsze przestawał, gdy zaczynała go o to błagać, gdy płakała. Po jakimś czasie nie broniła się już i pozwoliła mu robić, co chciał. Ale to nie było nic nowego. Nic, co miałoby związek ze zniknięciem.

Mąż dostaje potężnego kopa w dupę (którego i tak nie jest w stanie ogarnąć swoim wąskim rozumem), kiedy znajduje pustą puszkę, w której do tej pory żona trzymałą kosztowną biżuterię. Dociera do niego, że żona odeszła kiedy jest już starcem: wtedy dopiero rozumie, jak bardzo musiała go nienawidzić - zrezygnowała z radości macierzyństwa.

I jest jeszcze "Powrót z Indii" Awrahama B. Jehoszuy.

Autor rewelacyjnego "Kochanka", powieści, w której mąż zapewnia własnej żonie kochanka, po to, by ratować swoje małżeństwo, urzeka mnie tą książką o Indiach. To wyjątkowa uczta, zaczytuję się i delektuję, choć czasem też zasypiam. Ale nie dlatego, że to nudna powieść - to zmęczenie, zmęczenie. Bohater o imieniu Benjamin, młody lekarz, pracownik szpitala, jedzie razem z dyrektorem szpitala i jego żoną do Indii, by sprowadzić stamtąd do domu ich chorą córkę. Kontynuując temat małżeństwa taki oto uroczy dialog dyrektorskiej pary przytoczę. Rozmowa toczy się w hotelowym pokoju, słyszy ją Benjamin, małżonkowie myślą, że śpi:
- Kochasz mnie?
Lazar odpowiedział z dziwną stanowczością:
- Nie.
Ona, nie przejmując się, ciągnęła łagodnym i pewnym siebie głosem:
- No to pokochaj.
- Dlaczego? - odparł z udawanym zdziwieniem.
- Bo jestem miła.


"Powrót..." będę czytać nad morzem. Zabieram też dużo innych książek, oraz laptop z wifi. Pomiędzy spacerami po sosnowym lesie i publicznymi karmieniami będziemy pisać i czytać.

wtorek, 10 maja 2011

My barefoot friend/Mój przyjaciel rykszarz na Planet Doc



Obejrzyjcie ten film, jeśli tylko możecie. Projekcja jutro w warszawskiej Kinotece o godz. 15.00 w ramach Festiwalu Planet Doc. To wzruszająca historia Shalima - jednego z 10 tys. rykszarzy, którzy żyją z przewożenia pasażerów po ulicach Kalkuty. Na drugim planie widać trochę mojej ukochanej, zakurzonej, drgającej życiem, głosami i kolorami Kalkuty. Ale nie miasto jest bohaterem filmu, ale marzenie. Shalim chce kupić mechaniczną rykszę, bo dzięki niej zarobi więcej i w końcu będzie go stać na wybudowanie domu. Los okaże się jednak okrutny, a Shalim stanie w obliczu rezygnacji marzeń.



Fot. www.creativeast.com/xe/157

środa, 20 kwietnia 2011

Indian T-shirt/Indyjska koszula

Wcale się nie przejmuję tym, że niektórym może się wydać zboczeniem lub przynajmniej zafiksowaniem fakt, że do porodu ubrałam się w indyjską koszulę. Taką z rozcięciami po bokach, ułatwiającymi podniesienie części tylnej lub przedniej np. do badania. Koszula była szara w czarne, drobniutkie paseczki, albo czarna w szare paseczki, 100 procent bawełny. Kupiona w Bombaju. W Indiach mówi się na nią salwar kamiz, bardziej nowoczesne kobiety noszą takie koszule do zwężanych spodni lub dżinsów. Bardzo ją lubiłam, nosiłam często w ciąży. Przed porodem rozdarłam ją z premedytacją w dekolcie - tak w razie czego, nie wiedziałamn jeszcze, czego, ale uznałam, że dekolt jest za mały. Gdzieś tak po 3 godzinach skurczów koszulę zdjęłam i rzuciłam na szpitalne łóżko do rodzenia z szeroko rozstawionymi podnóżkami, a sama, wydając dźwięki pochodzące z głębi każdej komórki mojego ciała, weszłam do wielkiej trójkątnej wanny, w której małżonek dzielnie polewał mnie prysznicem i mówił, jak oddychać. Nie chciałam znieczulenia, chciałam poczuć rodzenie, być jak nasze prababki, ale nigdy nie sądziłam, że krzykiem tak bardzo można wyrażać ból. W chwilach zwątpienia wykrzykiwałam oczywiście, że już nie mogę i to ma być rodzić po ludzku?! W tej wannie Pola - jak na prawdziwą zodiakalną rybę przystało - przyszła na świat. Apolonia Anna tak się spieszyła, że położna w ostatniej chwili zorientowała się, że to już poród. ("Pięknie pani rodziła!" - nie mogła później wyjść z podziwu.) Ja sama 32 lata temu też się bardzo spieszyłam. Tak bardzo, że moja Mama nie zdążyła dojechać na łóżku do sali porodowej i przyszłam na świat na izbie przyjęć. Matka i córka, które nie mogły doczekać się na to życie.


Pierwsze wspólne godziny.


Już w domu.

wtorek, 15 marca 2011

Lucky period/ Kobieta podczas okresu

Nie doświadczam dolegliwości menstruacyjnych od kilku dobrych, błogosławionych miesięcy. Dla kobiet Zachodu to dni, podczas których dajemy sobie taryfę ulgową, cierpimy, zwalniamy, przeczekujemy, w skrajnie bolesnych przypadkach niektóre z nas traktują te dni jako wyjęte z życiorysu - nie trzeba precyzować, wachlarz doznań jest szeroki. Generalnie chcemy zapomnieć, przeczekać. Ale pozwalamy sobie też wtedy na drobne przyjemności - więcej snu, leżenia z książką, oglądamy filmy, chodzimy na jogę, niektóre uprzedzają otoczenie, że to te dni, więc proszę mnie nie denerwować, albo z góry przepraszają za zbyt rozchwiane emocjonalnie reakcje. Wolno nam. Choć właśnie takie zachowanie uważam za zredukowanie w pewnym sensie kobiecości do doznań fizjologicznych. Zauważyli to też krytycy literaccy, którzy dość pogardliwie określali w latach 90. literaturę pisaną przez kobiety mianem literatury menstruacyjnej właśnie. Odwoływali się do motywów bólu, ekshibicjonizmu, doznań związanych z brzuchem i podbrzuszem i wynikających z tego różnych rozhisteryzowanych emocji i wywlekaniem na światło dzienne wszystkiego tego, co do tej pory było skrzętnie przez kobiety skrywane. Choć przecież nie tak do końca było. Mieliśmy np. kiedyś Irenę Krzywicką, a w latach 90. szokować zaczęła Gretkowska np. swoim "Kabaretem metafizycznym" pisanym na emigracji w Paryżu, którym zresztą zaczytywałam się będąc tam też na emigracji, ale wówczas jej sposób pisania nie był już tak bardzo szokujący. (Podobnie jak nie wstrząsnęła mną już sztuka "4.48 Psychosis" Sarah Kane - choć przyznaję, była przejmująca, ale nie szokująca - którą zobaczyłam w warszawskim TR gdzieś tak 4 lata po premierze - obyczajowość świata się zmienia.) A na Zachodzie kobiet piszących o doznaniach płynących z ciała było wiele (Anais Nin lub Erica Jong np.) Co ciekawe mężczyznom pisarzom wolno było pisać o ich doznaniach związanych z ejakulacją i posiadaniem penisa, a gdy zaczęły o sobie pisać w ten sposób kobiety, uznano to za literaturę trzeciorzędną. Kobiecą. Ale to temat na zupełnie inny wpis.



W Indiach kobiety nie piszą literatury menstruacyjnej, a na pewno - sprowadzając rzecz do poziomu słowa - nie robią tego podczas okresu. Okres to dla tych kobiet chwila wytchnienia, zwykle od czasem zbyt ciążących powinności i obowiązków małżeńskich. Jest to odpoczynek pozorny. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że kobieta, która ma okres, uznawana jest w Indiach za nieczystą (w wielu kulturach pierwotnych tak było i chyba nadal jest, np. w Islamie, o "nieczystych kobietach" mówi też Stary Testament, który uważa kobietę za "duchowo nieczystą" także po porodzie - po urodzeniu chłopca przez 7 dni, a dziewczynki przez 14 dni - dlatego dłużej, że kobieta rodzi kobietę, a więc przyszłą potencjalną matkę, która także będzie rodzić. Nie jestem etnologiem, a więc nie umiem powiedzieć na ile te wierzenia są obecne w dzisiejszych czasach, ale wydają mi się dość zaskakujące.) Kobieta indyjska w te dni właściwie może nie wychodzić z domu i nic nie robić. Poza pracą w polu - jeśli żyje na wiosce - z której nie jest zwolniona. Jako że wszystko w życiu tradycyjnej indyjskiej kobiety podporządkowane jest mężowi, kobieta podczas okresu nie musi się tak bardzo starać, by go zadowalać - w znaczeniu dosłownym i metaforycznym. Na miesiączkującą zamężną kobietę nałożonych jest wiele zakazów.
Np. nie może ona malować na powiekach czarnych kresek. Wierzy się, że kreski te przyciągają uwagę patrzącego i odwracają jednocześnie uwagę od samych oczu (dość pokrętne, ale taką rolę ma też spełniać malowanie pieprzyka na twarzy) i zapobiegają w ten sposób rzuceniu uroku przez patrzącego, dlatego też małym dzieciom matki malują na czarno oczy. Ale nie dlatego kobieta podczas okresu nie powinna malować oczu - nie może tego robić, bo jeśliby zaszła w ciążę w tym czasie (w Indiach wierzy się, że to możliwe), to dziecko byłoby ślepe.
Miesiączkująca nie może też fundować sobie przyjemności, jaką jest żucie betelu. Ten lekki narkotyk pochodzący z owoców betelu, ma działanie antyseptyczne, pobudzające trawienie i barwi jamę ustną na czerwony kolor, co uznawane jest w Indiach za erotyczny bodziec (dlatego np. kobiety malują sobie henną dłonie i stopy na czerwono - by zaznaczyć swoje dostępne strefy erogenne). Poza tym podczas żucia "z ust niewiasty wydobywa się woń przyjemnie kusząca męża", a więc podczas okresu, ponieważ żona jest nieczysta, nie powinna kusić męża. Hindusi wierzą też, że jeśli nieczysta kobieta żuje betel, to jej przyszłe dziecko będzie miało przebarwienia na zębach, a jak wiadomo moda na malowanie zębów przeminęła, z wyjątkiem może małych wiosek, gdzie czasem można spotkać ludzi, którzy mają pomiędzy zębami różnokolorowe kreski.
Kobieta nie powinna wtedy też kąpać się, ani myć, bo jej przyszły potomek utopi się.
Nie wolno kobiecie też w tych dniach związywać włosów. Rozpuszczone włosy to widoczny symbol nieczystości, jeśli miesiączkująca je zwiąże, to jej przyszłe dziecko będzie łyse.


A u nas? Czy w naszej kulturze są jakieś zakazy dla kobiet podczas okresu? Może coś Wam przychodzi do głowy?



Fot. Kobiety pracujące w sezonie na Goa, 2009

***
Wszystko to wiem i jeszcze wielu innych ciekawych rzeczy o kobietach indyjskich dowiaduję się na zajęciach pt. Wizerunek kobiety w kulturze i sztuce indyjskiej, które prowadzi Dr Dorota Kamińska, historyczka sztuki z UMK w Toruniu z Pracowni Sztuki Orientu w ramach genderstudies ISNS UW - bardzo polecam.

czwartek, 3 marca 2011

Indian Women's Day/Kwiatek dla Ewy



W dzieciństwie kobieta podlega ojcu, w młodości mężowi, a kiedy ten umrze, swoim synom; kobieta nigdy nie może być niezależna.

Kodeks Manu - staroindyjski kodeks moralny z ok. II w. p.n.e.


Dla niewiasty nie masz innego boga na ziemi, prócz męża, któremu podobać się jest jej najświętszym obowiązkiem. Posłuszeństwo mężowi bezwzględne jest jedyną niewiast modlitwą (...). Mniej przywiązana do dzieci, wnuków i klejnotów, powinna ze śmiercią męża zginąć na stosie, a świat cały będzie głosił jej cnotę.


Kobieta powinna kąpać się co dzień, namaszczać ciało wodą szafranową, ubierać się czysto, malować sobie brzegi powiek antymonem i kreślić na czole znaki różne (...). Gdy mąż w gniew wpadnie, grozi, znieważa, a nawet bije niesprawiedliwie, żona nie krzyczeć lub uciekać, lecz ze słodyczą ręce jego całować powinna.


J.A. Święcicki, "Historia literatury powszechnej", Tom IV, Warszawa 1902 r., s. 266, za: Ilona Wojtarowicz "Kobieta w hinduizmie" w www.racjonalista.pl

sobota, 12 lutego 2011

Indian-Polish love/ Rivendell Dhoad już jutro w Warszawie!

Walentynki będą, więc o miłości będzie też. Polsko-indyjskiej ma się rozumieć. W dodatku takiej męskiej bardziej i łączącej rodziny. Bo spotkała ona braci polskich i braci radżastańskich. A było to tak: Dwaj bracia z Polski pojechali do Indii i zauroczyli się muzyką, którą usłyszeli w Rajasthanie.

Konrad i Kamil Rogińscy usłyszeli zespół Dhoad.


To indyjski, rodzinny band - jak Kelly Familly - w jego skład wchodzi 5 aż braci Khan. Konrad i Kamil zagrali im swój repertuar i okazało się, że miłość jest odwzajemniona. Tak powstała kolektywna orkiestra rodzinna Rivendell & Dhoad.
Rok temu zespół Dhoad przyjechał na zaproszenie polskich braci do Wrocławia. Posłuchajcie i sami oceńcie, co sądzicie o tej mieszance. Moim zdaniem, jest całkiem niezła i fajnie energetyzująca.



A jutro za sprawą braci Rogińskich indyjskie rytmy zabrzmią w Warszawie. Tym razem bracia zagrają z Seema Tiwari and Bhojpuri Group. Koncert rozpocznie się o godz. 19 w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego.



Tak grali wczoraj w krakowskiej Mandze.


Dla bardziej zainteresowanych linki są tu: Rivendell, Dhoad

środa, 29 grudnia 2010

Indian book about pregnancy/Indysjka książka o ciązy

Polecam tę książkę, jeśli kiedykolwiek będziecie w ciąży, albo chcielibyście sprawić dobry prezent jakiejś znajomej ciężarnej. "Magiczny początek, zaczarowane życie. Holistyczny poradnik dla kobiet w ciąży". To naprawdę niezła alternatywa dla wszystkich ciążowych poradników, które podchodzą do tematu w sposób fizjologiczny, biologiczny, a nawet fabryczny - dotyczący procesu fabrykowania dziecka - bo na tym koncentrują się amerykańskie książki, z których czerpią wiedzę te polskie kobiety, które nie mają np. doświadczonych babć czy mam. O koleżankach z pracy tu nie wspomnę, bo te zawsze mają rady na wszystko, nawet jeśli same nigdy w ciąży nie były. Takich poradników przejrzałam wiele, ale żaden mi jakoś nie pasował, a wiedzą nabytą w kilku z nich tylko ośmieszyłam się u polskiego lekarza, pytając np. gdzieś tak w 15 tygodniu ciąży, czy widać już płeć dziecka - bo w książce napisali, że już widać. Otóż na pewno nie widać. No chyba, że w stanach mają tak czułe ultrasonografy, że widać. W Polsce nie widać. "Niech pani nie czyta amerykańskich książek!" - usłyszałam już od kilku lekarzy. A więc nie czytam. Za to książka napisana przez indyjskiego lekarza, mieszkającego co prawda w Stanach, jest naprawdę inna niż ten cały pseudonaukowy momentami bełkot porównywalny do forów internetowych, gdzie kobieca naiwność naprawdę czasami mocno mnie zawstydza.



Oczywiście - sama też mało wiem, i coraz bardziej mam tego świadomość, kiedy np. na zajęciach w szkole rodzenia pediatra opowiada, że dziecko trzeba kąpać w krochmalu, a nie w płynach i mydłach dla dzieci, które podrażniają skórę. Mogłabym długo wymieniać, czego zaskakującego się dowiaduję, a przecież tyle dzieci bawiłam... Ale nigdy na poważnie nie zastanawiałam się nad przewijaniem, czyszczeniem uszu itp. W każdym razie książka Chopry jest też fajna dlatego, że daje wiarę w moc własnego ciała, siłę sprawczą myślenia i w naturę, która wiele rzeczy doskonale zaprogramowała. Naprawdę.

(Uwaga, teraz będzie kilka zdań, które niektórzy mogą uznać za uduchowiony bełkot wschodnich filozofii - spokojnie, to bardzo inspirujący bełkot:)) Z tych trzech wymienionych elementów (ciało, myślenie i natura) ajurweda - indyjska medycyna - podkreśla wagę myślenia i emocji. "Stajemy się tym, co widzimy". Czyli nasze doświadczenia kształtują to, jacy jesteśmy. Dźwięki, odczucia, obrazy, smaki, zapachy, emocje. Przytoczę proste ćwiczenie z tej książki, które obrazuje, jak mocno wpływają na nas nasze wyobrażenia, które powstały na podstawie doświadczeń:
- wyobraź sobie, że słyszysz obok siebie syrenę przejeżdżającego ambulansu
- wyobraź sobie, że użądliła cię pszczoła
- wyobraź sobie, że trzymasz w ramionach swoje dziecko
- wyobraź sobie, że jesteś świadkiem wypadku samochodowego
- wyobraź sobie, że wbijasz zęby w słodki soczysty owoc
- wyobraź sobie zapach skunksa


I co? Widzicie? Czujecie? Bije wam serce na myśl o ostatniej kraksie, w której w dodatku braliście udział - tramwaj, którym jechaliście przejechał człowieka, po czym gwałtownie zahamował, a jadący za nim drugi tramwaj, wjechał w ten pierwszy, gniotąc mu połowę tylnego wagonu? Czujecie cieknący z owocu sok? Właśnie. Wyobraźnia ma moc. W dodatku przekłada się na chemię i fizjologię organizmu - kiedy się boicie, wasz mózg produkuje hormony stresu, kiedy jest przyjemnie - uwalniają się endorfiny i encefaliny. Wszystkie te substancje przenikają do dziecka. Nihil novi, a jednak.
Współautorzy książki - lekarz David Simon i położna oraz instruktorka szkół rodzenia Vicki Abrams nie pozwalają Choprze koncentrować się jedynie na duchowości. Dlatego ta książka jest naprawdę holistyczna.

Polecam: Deepak Chopra, David Simon, Vicki Abrams "Magiczny początek, zaczarowane życie. Holistyczny poradnik dla kobiet w ciąży", przekład Michał Lipa, wydawnictwo Laurum, 34,90 zł.

czwartek, 23 grudnia 2010

Priest in India/Podróżujcie

Indie mnie osaczają. Jakby mówiły: "Nie damy ci zapomnieć o nas! Nie możesz rezygnować z planów, podróży, marzeń i mrzonek!". Wyskakują z szafki, którą otwieram – wysypują się z niej prezenty od starych znajomych z Indii, boleśnie o tęsknocie za gwarem i zapachami przypomina też pusta tubka po żelu do mycia twarzy Himalaya, stojąca smętnie na półce w łazience. A mój profil na CS pokazuje, że właśnie jestem w Delhi – dostaje mejle od Hindusów z ofertami spotkań i noclegów (jakiś błąd systemu, zdarza się, kiedyś pokazywał np. że jestem USA).
Idę ulicą i widzę szyld "Upominki. Dewocjonalia". Wchodzę, bo mam kilka cioć, które zawsze się cieszą z prezentów zakupionych w tego typu sklepie. Ten akurat mieści się na Pradze Południe i jest najbardziej zaskakującym sklepem z dewocjonaliami, jaki kiedykolwiek widziałam. Spędzam tam dobre kilkanaście minut wybierając ekologiczną torbę - waham się pomiędzy wizerunkiem Marylin Monroe i Audrey Hepburn. W śmiesznie niskiej cenie kupuję w końcu Marylin, jako że zawsze miałam wrażenie, że byśmy się doskonale zrozumiały, gdybyśmy się poznały. Przy kasie zadziwia mnie widok kilku pudeł z indyjskimi kadzidełkami – są wszystkie odcienie zapachów. A tak mi ich właśnie przecież brakowało. Kupuję oczywiście, tym razem truskawkowe. Przy okazji pytam panią sprzedawczynię, czy wie, do czego te kadzidełka służą religijnym hinduistom. Nie wie. – Ja tam się nie interesuję. Ludzie biorą, no to mamy – mówi leniwie.


Wychodzę ze sklepu i biegnę do domu, bo zaraz ma przyjść ksiądz po tak zwanej kolędzie. Właściwie to nie biegnę, bo nie przepadam za tego typu wizytami dobrodusznych pasterzy liczących dusze parafialne i zabierających koperty. Kiedy docieramy pod budynek, z klatki wychodzi właśnie dwóch roześmianych księży. Spóźniliśmy się. Jeden z nich, młody, w ładnej i modnej kurtce, przyjemnie pachnący jakimiś korzennymi perfumami zawraca jednak do nas. W domu staje zszokowany przed moim wielkim niebieskim obrazem przedstawiającym Buddę i pyta, czy my jesteśmy jego wyznawcami.
– Nie całkiem. Lubię po prostu niebieski kolor i bywam w Indiach – rzucam, jakbym Indie co najmniej raz w miesiącu odwiedzała.
– O! Ja też byłem! Całą północ przejechałem, i jeszcze Madras i Katmandu. Żeśmy nocowali u takich braci w Old Goa. Pięknie było.
– Oo... – nie mogę wyjść z podziwu. Ksiądz w Indiach! Zapewne taka reakcja świadczy o moich ograniczonych horyzontach. Zapewne.
– No i rozumiem pani sympatię... – dzwoni telefon, ksiądz odbiera: – No co tam, dziecko? Co?! Nieee no, nie, nie i jeszcze raz nie. Proszę cię, nie. Dobrze, na razie, pa – wyłącza komórkę i wzdycha ciężko: – Klerycy... – A ja już go bardzo lubię.
Reszta wizyty upływa na wspomnieniach z Indii, wymianie anegdotek i polecaniu sobie różnych miejsc. Nóżka na nóżkę - machamy sobie. Moje w różowych skarpetkach, jego w nowiutkich, lśniących czarnych półbutach dobrej firmy.
– Jak psu buda miesiąc wakacji nam się należy no nie?
- To już coś - w miesiąc można trochę zobaczyć.
- Tak! Jedyna niegrzeszna przyjemność jaka nam została. Ale teraz to wy chyba nigdzie nie pojedziecie, co?
– Teraz nie, ale za jakieś dwa latka to tak.
– Trzeba! Koniecznie z dzieckiem jeździć dużo po świecie. Pamiętajcie!

Pamiętajcie o tym i wy i planujcie jak najwięcej podróży, robiąc postanowienia na kolejny rok. Z dziećmi czy bez, ważne, żeby z głową na karku, poczuciem humoru i dystansem do siebie i świata, oraz wesołych świąt także wszystkim życzymy:)

czwartek, 9 grudnia 2010

Beat him when he's bad/Zbij go

"Kiedy mężczyzna źle postępuje, zbij go" - tak radzi w filmie "Różowy gang" Sampat Pal Devi, przywódczyni Gulabi Gangu działającego w stanie Uttar Pradesh.


Tak wygląda Sampat - na pierwszym planie. A gulabi = różowy. Sampat ma 55 lat, urodziła pięcioro dzieci. Zdjęcie pochodzi ze strony
World Women International.

Ta odważna kobieta napisała też książkę o tym, jak walczy o prawa kobiet w Indiach. Niestety nie wydano jej po polsku.


Założyła też swoje różowe miejsce w sieci: www.gulabigang.org

Mam nadzieję, że film "Różowy gang" obejrzę w sobotę. Zobaczcie trailer. A dla tych, którym nie uda się wybrać na projekcję np. w Warszawie (11 grudnia, godz. 18, kino Muranów), część filmu do obejrzenia jest
tutaj.

sobota, 27 listopada 2010

Queer-dream


Średniowieczne miasteczko Radda in Chianti w Toskani. Imię hinduistycznej bogini Radda w nazwie zobowiązuje - w mieście znalazłam hinduski znak Om, oraz indyjskie wyroby w maleńkich sklepikach pochowanych w wąskich uliczkach. Nie mogłam ich zbyt dokładnie oglądać, bo choć piękne, denerwowałam się ich ceną - pięć razy wyższą niż np. na Goa. Zdjęcie z honeymoonu.

Odkąd jestem mężatką, mam inne sny. Teraz pewnie niektórzy się skrzywią i pomyślą - o, zaczyna się - brak tematów przejawiający się opisywaniem snów. Może. Albo wejście w etap pisania na blogu o tzw. życiu, a nie o temacie, dla którego blog powstał (Indie - przypomnę). Pisanie o życiu uważam za nieco uwłaczające, o ile to, co się pisze nie jest naprawdę dobrą literaturą. Ot, pisanie pamiętnika. Tego chcę unikać, ale od czasu do czasu daję sobie pozwolenie i na takie słabości. Można nie czytać dalej. Ale jeśli czytacie, to dowiecie się, że inność wiązałabym raczej z tym małym, różowym i całkiem nowym oraz podobnym prawdopodobnie do mnie człowiekiem, w którego produkcję bardzo zaangażowało się ostatnio moje ciało (!). Może to wcale nie moje sny, ale jego? I bardzo dobrze, niech rozwija wyobraźnię już teraz. A może to joga ciążowa tak na niego wpływa? W każdym razie inność snów jest pozytywna i polega na tym, że śnione historie są fabularne i zupełnie - a tak zwykle ze snami bywa - nie mają związku w ogóle z tym, o czym myślę za dnia. Ale są jednocześnie odrealnione. Choć jedno przecież nie wyklucza drugiego. Niedawno na przykład śnił mi się taki querrowy sen. Byłam asystentem Hitlera. Byłam pięknym, aryjskim blondynem, nosiłam biały mundur marynarki wojennej z czarnymi wykończeniami (nawet nie wiem, czy takie mundury istnieją). W każdym razie bardzo lubiłam Hitlera, a właściwiej - lubiłem, i byłem mu bardzo oddany. Czytałem dokumenty, dawałem mu je do podpisu, jeździłem z nim na imprezy, widywałem Evę Braun. Byłem wiernym pracownikiem korporacji III Rzesza. I właściwie to tyle. Ten sen nie miał punktu kulminacyjnego, ani zaskakującego zakończenia. Po prostu był. Skąd się w mojej głowie wziął? Chyba stąd, że wcześniej próbowałam zrozumieć ludzi Hitlera i postawić się w ich sytuacji. Nie umiałam za bardzo. Brak empatii był chyba tak dojmujący, że przyszedł do mnie ten sen.

Albo taki. Jestem w Nowym Yorku. Pracuję w jakimś wieżowcu (WTC?) i zjeżdżam właśnie windą do baru na dole, żeby kupić kanapkę z łososiem. W barze sprzedaje hindus z wąsami, witamy się serdecznie i ucinamy sobie pogawędkę. Do baru przychodzą jacyś ludzie, mówią po polsku. Okazuje się, że to jacyś drobni przemytnicy – chcą mi sprzedać diamenty. Nie, dzięki. Z resztą, nie mam kasy przecież. Nie starcza mi na kanapkę, kupuję więc jakieś ciasteczka z bardzo wysoką zawartością związków chemicznych. Przemytnicy odchodzą, zostajemy sami z hindusem. Gadamy o czymś, nie pamiętam. Jeżdżą widny z przezroczystymi drzwiami, obserwujemy wysiadających. Dzwoni moja komórka, dzwoni budzik. Nuda - może przesadziłam z tą fabułą, był to sen z kategorii spokój zakłócany jedynie drobnymi, niewiele znaczącymi zdarzeniami.

W małżeństwie też panuje spokój. A raczej odczuwalna jest pewna rutyna i mniejszy poziom chaosu. Mieszczańskość w pełnej krasie, akceptacja pani sąsiadki ("Modliłam się za was, żebyście żyli razem długo i szczęśliwie, kochani!") i przytłaczające poczucie, że prawo jest po naszej stronie. Zupełnie niepotrzebnie przytłaczające, bo na pytania koleżanek z pracy "I jak?! Coś się zmieniło po ślubie?" muszę odpowiedzieć, że nic. Uczucie jest przytłaczające bo już nie trzeba kontestować i być alter i anty i wpadać w pułapkę podejścia "mam w dupie, co sądzi społeczeństwo i katolicka rodzina", nie trzeba tłumaczyć, że jesteśmy parą, ale na razie nie planujemy ślubu. Nic nie trzeba. Miękko i komfortowo, obrzydliwie zgodnie z normami, tradycją i zwyczajami, ku radości pragnących właśnie tego rodziców. Wszyscy też słyszeli, co powiedziałam podczas ceremonii i widzieli, że wyglądałam na szczęśliwą. Nie pamiętam, ale podobno ładnie wyglądałam, co zresztą widać na zdjęciach. W małżeństwie jest nudny spokój ducha. Odkąd byłam małą dziewczynką zadającą pytania, przerażała mnie wizja nieba, jako miejsca, w którym nic nie trzeba, bo nic się nie dzieje. I pytałam dorosłych, jak to możliwe, że człowiek nie nudzi się całą wieczność, bo nawet jeśli jest fajnie, to to fajnie kiedyś się przecież nudzi. Podobno każdy ma inne niebo, każdy ma takie, na jakie zasługuje i jakiego potrzebuje. Rozumienie kwestii transcendentalnych i duchowych jak widać ciągle przede mną.


Papieże, Buddy, Shivy, Maryjki, Wenus - na kogo tylko masz ochotę. Toskańskie San Gimignano zwane Manhattanem średniowiecza, który o poranku wygląda tak:


A wczoraj śnił mi się słoń. Mały niebieskawy słonik, który niesfornie biegał po podwórku w rodzinnej wiosce mojej mamy na Podlasiu. Słonik próbował dostać się do domu, ale domownicy bardzo się tego obawiali i zamykali przed nim drzwi wejściowe, okna na parterze i okno balkonowe na tarasie z tyłu. Słonik w końcu zasmucony usiadł na tylnych nogach na schodach przed wejściem, a uszy opadły mu smętnie na boki głowy. Wyglądał jak przerośnięty, zmęczony psiak, któremu ktoś zabrał właśnie kość. "Jest chory!" - pomyślałam. Wskoczyłam więc do mojego wielkiego czarnego Subaru Forestera i wepchnęłam słonika na tylne siedzenia. Ruszyliśmy. Słonik przesunął się na lewą stronę tak, że razem z nim na lewych kołach stanął samochód. Ale jechał dalej. I wtedy słonik zaczął wymiotować. Sen się skończył, kiedy z szafy obok łóżka skoczyła kotka, trafiając idealnie w wąskie miejsce na poduszce pomiędzy głową mojego małżonka a moją. Zawsze tak robi - nocą biega po szafach. Chociaż ostatnio jest spokojniejsza. Praskie podwórko chyba jej służy. Może tak, jak niektórym ludziom służy powrót do korzeni po latach? Kotkę znalazłam dokładnie dwa podwórka dalej kilka lat temu i śmiałam się, że właśnie załatwiam jej awans społeczny z Pragi do Śródmieścia. Tymczasem sama się zdegradowałam w kierunku odwrotnym. Nie można powiedzieć, że warszawska Praga jest bez wyrazu. Tyle, że to wyraz, który wymaga wielokrotnego sprawdzania w słowniku języka polskiego, ortograficznym oraz frazeologicznym i wyrazów bliskoznacznych. A kiedy wydaje się, że już wiemy, co nas może spotkać na rogu Ratuszowej i Inżynierskiej, to nagle wprost pod nasze stopy spada z czyjegoś okna z góry przecięty na pół obraz konia.

A propos obrazów - gdyby ktoś wybierał się do Kinoteki, to zachęcam do obejrzenia wystawy "Portrety Indii" Edyty i Łukasza Parzuchowskich. Do 4 grudnia.

piątek, 15 października 2010

Monsoon Day is Coming!

Wesele, ale wcale nie monsunowe (chociaż kto wie - ma padać), czeka mnie jutro.

Nie było by w tym nic dziwnego, poza tym, że to moje własne wesele:-) Odbędzie się, o ile nie ucieknę np. sprzed ołtarza... Będzie się działo, cokolwiek się wydarzy.

poniedziałek, 6 września 2010

Polish prime minister in Bangalore/Tusk w Indiach

Bardzo trafny krok, cel i miejsce, uważam. PR-owcy doskonale zadbali tym razem o wizerunek premiera - wzruszające, łapiące to za serce wydarzenie oraz sprawiające, że tak ciepło myśli się o człowieku, który odwiedza niewidome dzieci gdzieś na końcu świata w biednej dzielnicy Bangalore.


Dzieci dostały nawet słodycze - czyż to nie wielkoduszne? Przecież tego najbardziej potrzebują niewidome dzieci, tak? W informacjach prasowych na szczęście pojawia się jeszcze wzmianka o "pomocach dydaktycznych" oraz agregacie prądotwórczym. Uff. Cokolwiek kryje się pod określeniem "pomocy dydaktycznych".

czwartek, 19 sierpnia 2010

My article in Polish 'ZADRA'/ Indie w 'Zadrze'


Najnowsza, jak zawsze feministycznie inspirująca i czasem boleśnie jątrząca ZADRA już do kupienia. A w niej m.in. mój tekst o kobietach w Indiach i o tym, czego nie chcemy o nich wiedzieć. Polecam.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Filmowa stolica

Coś dla fanów filmów bollywoodzkich w Warszawie. A w ramach sportowego kina lata w zacnym CSW Chak de India ze zniewalającym (dla niektórych) Shah Rukh Hanem. By the way - poprawna wymowa imienia aktora to według warszawskiej szkoły hindi [śiarukh], a nie [szarukh] - jak mówią w krakowskiej szkole hindi).

czwartek, 29 lipca 2010

Garam Masala

Hindi zaliczone. Intensywność zajęć bardzo duża – jak dla mnie może nico zbyt skondensowana. Przerobienie materiału semestralnego w miesiąc to jednak wyczyn. Umiem się w hindi przedstawić, zapytać o drogę, dogadam się w hotelu i z rykszarzem, potrafię powiedzieć, gdzie mieszkam i co mam w domu. Tylko właśnie w chwili obecnej pytanie o mieszkanie denerwuje mnie i muszę się chwilę zastanowić, żeby powiedzieć, gdzie mieszkam. A już na pewno nie wiem, gdzie będę mieszkała. To znaczy wiem, ale nie wiem jeszcze, na co sie zdecydowałam. Przeprowadzka.

Mieszkanie na rurze kanalizacyjnej, Mumbaj, 2008

Nie znoszę sie przeprowadzać. Od czasów paryskich, kiedy w ciągu dwóch lat przeprowadzałam się aż 3 razy, nie ruszam się z tego pępka miasta stolicy. W całej tej mojej tymczasowości i powierzchowności życia mieszkanie jest jednak pewną stałą. Znaną, zgłębioną, opanowaną, oswojoną, pokochaną. Uwielbiam mój międzykulturowy blok, pełen Wietnamczyków pracujących pod Halą Mirowską, Arabów z pobliskich Kebabów i przemiłych Hindusów. Kiedyś, zimą, kiedy właśnie wróciłam z upalnych Indii w windzie spotkałam prawdziwego Hindusa. Były to początki mojego mieszkania w tym bloku, więc jeszcze nie wiedziałam, że Hindusi tu mieszkają. Tak byłam zdziwiona, że po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że jeszcze po prostu nie całkiem wróciłam i widzę wszędzie Hindusów. W dodatku Hindus w windzie powiedział: "Ale to kraj – taka wielka śnieg sypie!".
Uwielbiam też pana z kiosku na dole i jego niewyszukane żarty, które są tak niewybredne, że mogą być już tylko śmieszne. Na parterze mojego bloku jest sklep całodobowy, choć nie alkoholowy. Naprawdę można pokochać ten sklep w zimowy sobotni poranek, kiedy w kapciach można zejść na dół po świeżą bagietkę (a dla sportu wejść z powrotem na siódme piętro). W asortymenecie są warzywa sezonowe, a także kiszona kapusta, ogórki i zawsze ziemniaki. Oczywiscie za luksus robienia zakupów w kapciach trzeba dopłacić. Zawsze też ma się gwarancję, że jeśli trafimy na pana właściciela, to zostaniemy uraczeni żartem. Kiedy kupuję kawę, pan pyta: "czarną, czy z mlekiem?". Albo kiedy kupuję masło: "posmarować pani potrzebuje, co?". Sąsiedztwo synagogi powoduje, że żarty często schodzą na tematy semickie. Byłam np. świadkiem rozmowy pana w okienku z klientką, a było to w poniedziałek powyborczy:
– Żydowskie nasienie znowu, panie, u żłoba.
– No i co pani kochana tak tych Żydów nie lubi?!
– Pazerne to.
– Ale Komorowski to nie żyd.
– Noo, tak, musi tera nachapać się. E tam, panie, co będę gadała.
– No musi, kochana, tyle dzieci ma, to domy musi wszystkim wybudować przecież, no nie?
W sklepiku można też zrobić zakupy na zeszyt. Trzeba podać tylko numer mieszkania – w razie czego. To naprawdę dobry pomysł. Podobne sklepiki funkcjonują we wszystkich piętnastopiętrowych mrówkowcach na osiedlu Za Żelazną Bramą. "Utopijna wizja Le Corbusiera o domach-okrętach czy klasztorach, gdzie ludzie zaspokajają swoje potrzeby życiowe, nie wychodząc na zewnątrz, gdzie ma rodzić się silne poczucie wspólnoty i odrębności" – mówiła o tym osiedlu Heidrun Holzfeind w rozmowie z Katarzyną Surmiak-Domańską w "Dużym Formacie". Wcale nie taka utopijna. Tyle, że oprócz sklepików na dole w tych blokach nie powstało nic więcej. A miały być świetlice na każdym piętrze, ludzie mieli się integrować nie wychodząc z budynku. Mój blok nie należy do osiedla Za Żelazną Bramą, jest niższy, ale za to ma aż 3 skrzydła, dlatego nazywa się go w okolicy "Igrekiem". Jest w nim chyba ze 300 mieszkań. Właśnie zostały wyremontowane korytarze, wszędzie pachnie farbą i czystością – nic tylko mieszkać. Cóż, prawo do szczęścia w 18 metrach kwadratowych będzie teraz miała młoda parka sympatycznych gejów. Ciekawe, co na nich powie przygłucha sąsiadka.

Kwestia mieszkania jest dla mnie tym bardziej drażliwa, że od 3 co najmniej lat rozglądam się za takim, które mogłabym kupić. Ale okazuje się, że chyba nie ma dla mnie mieszkania w tym mieście. Liczba absurdalnych sytuacji, które wydarzyły się podczas tych poszukiwań jest imponująca. Niezwykłe były też problemy, które pojawiały się za każdym razem, kiedy już prawie byłam zdecydowana na zakup. Hitem, który pobił wszystko, jest budynek, który widziałam kilka miesięcy temu. Dobrze zachowany blok na Mokotowie z lat 50. miał jeden minus – pękła ściana na klatce schodowej i z powodu przemieszczających się podziemnych wód gruntowych zewnętrzna ściana odchylała się tak, że na najwyższym piętrze szpara pomiędzy schodami a ścianą miała już prawie 10 cm. A ostatnie mieszkanie, które widziałam było super – wysoka przedwojenna kamienica, z wielkimi oknami, balkonem i grubymi murami oraz starą lodówką pod oknem w kuchni. Na suficie w pokoju była tylko taka żółta plama wielkości około metra kwadratowego. "To nic, się zamaluje, i znaku nie będzie" – przekonywała właścicielka. Tymczasem po odwiedzinach u sąsiadów okazało się, że zaciek jest na całej długości piętra i we wszystkich mieszkaniach na tej samej wysokości jest żółta plama, która odnawia się co dwa miesiące. Winna jest wada instalacji w dobudówce nad piętrem i na razie nic się nie da z tym zrobić.
Niektórzy mówią, że to są wszystko znaki, i że mieszkania kupować nie powinnam. Ani tu, ani teraz. No to gdzie i kiedy? W Łodzi? We Wrocławiu? Czy też w jakimś Lidzbarku Warmińskim za 5 lat?! Za 5 lat planuję być zainstalowana na Goa, albo w innym ciepłym miejscu na indyjskim wybrzeżu. A do tego czasu? Może barka na Wiśle?

Tymczasem, dla zadomowionych nie tylko w kuchni – przepis na Garam Masala, czyli mieszankę przypraw indyjskich do potraw na ciepło (garam = ciepłe). Z taką mieszanką – wszystkie składnik muszą być zmielone i podgrzane przez chwilę na suchej, gorącej patelni – można np. udusić kurczaka, lub warzywa. Ostre, bardzo wonne, raczej nie dla kobiet we wczesnej ciąży.

Tak wygląda przepis w hindi:


A brzmi to tak:
Ek ciammać hari ilajci
Ek ciammać dalcini
Ek ciammać kali myrci
Ek ciammać zira
Ek ciammać long
Ek ciammać dziajafala

Po polsku tak:
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka czarnego pieprzu
1 łyżeczka kminku
1 łyeżczka goździków
1 łyżeczka gałki muszkatołowej

sobota, 3 lipca 2010

Hindi is easy



Czy wiecie, że w Indiach co 45 km zmienia się język? A języków urzędowych w Indiach jest aż 22? Sporo. Do tego dochodzą jeszcze lokalne dialekty, których nikt nie jest w stanie zliczyć. Choć język hindi jest oficjalnym, urzędowym językiem Republikii Indii, to przeciętny Indus nie jest w stanie przeczytać gazety drukowanej w hindi. Z powodu tych dialektów właśnie.

Ale najbardziej jednak z pierwszej lekcji hindii podobała mi się informacja o tym, że w tym języku nie ma czasownika mieć. I to jest piękne, bo pokazuje postawę Indusów wobec posiadania rzeczy. W każdym razie postawę tych zwykłych Indusów.

Przeraża mnie tylko liczba spółgłosek w tym języku - jest ich cała masa, w dodatku łączą się z samogłoskami, tworząc nowe. Lipcowy kurs tego zaskakującego języka jest pewną namiastką wyjazdu do Indii, który jednak tego lata z wielu powodów raczej nie dojdzie do skutku. Ale za to ten kurs to nie jest taka najgorsza namiastka. Zresztą jest na nim jedna doktorantka, która pisze doktorat o gospodarce Indii, a nigdy jeszcze tam nie była. Można i tak, choć wydawało mi się, że praca doktorska opiera się jednak w sporej części na badaniach i wiedzy praktycznej.


Use mobile save paper, Calangute, Goa. Badzo ciekawy przekaz reklamowy - u nas nikt by nie wpadł na to, żeby powiązać ochronę drzew z telefonami komórkowymi. Pisanie listów tradycyjnych ma się jednak dobrze w Indiach. Na ulicach można spotkać skrybów siedzących przy starych maszynach do pisania lub przy kartkach papieru z ołówkiem w ręku, kasujących po 10 rupii za list - w hindi rzecz jasna. Widziałam takich w Kalkucie i Bombaju. Nie pisz listów, tylko zadzwoń - kup komórkę! Kup komórkę sobie i całej swojej rodzinie. A żeby pisać sms-y, nie trzeba znać hindi, wystarczy angielski.