niedziela, 13 czerwca 2010

Books about India review/Moda na Indie

Subiektywny przegląd książek o Indiach

Znalazłam w końcu chwilę i wybrałam się na rajd po Empiku i Trafficu. I świetnie, bo wygląda na to, że w literaturze współcześnie wydawanej zapanowała moda na Indie. To chyba tylko odzwierciedlenie ogólnego parcia na Indie. I bardzo dobrze - niech jak najwięcej ludzi pozna ich cudowny słodko-gorzko-odurzający smak. Rynek książek się chyba powoli nasyca tematem, co nie znaczy, że literatura ukazuje już pełne spektrum tematów indyjskich. Tak nie jest i długo jeszcze nie będzie. Ale to co, znalazłam w księgarniach daje pewien obraz. W większości są to relacje turystyczne mniej lub bardziej zgrabnie fabularyzowane.

Zacznijmy od pana od Białego tygrysa.
Już dobre kilkanaście miesięcy na rynku jest jego druga książka pt. Między zabójstwami (Prószyński). A w niej znowu współczesne Indie, znowu zbrodnie (tym razem takie, o których słyszał cały świat) i nierówności społeczne. Książka ma ciekawy układ opowiadań, które - wiele na to wskazuje - tworzą fabułę. Książka laureata literackiej nagrody Booker Prize z 2008 roku co prawda nie zebrała tym razem najlepszych recenzji krytyków, albo pzynajmniej mi nie wydają się one zbyt dobre, to jest zapewne celnym obrazem wielokulturowości Indii. Zarzut wobec Adigi jest taki sam, jaki był przy Białym tygrysie - że bogaty i wykształcony facet, który połowę życia spędził podróżując po świecie, gówno wie o tym, czym żyje małe miasteczko gdzieś w głębi Indii. Recenzję (zdawkową) tej książki można przeczytać tu.

Całkiem niedawno natomiast ukazało się wznowienie powieści Arundhati Roy Bóg rzeczy małych (Zysk i S-ka).
Ta książka także była wyróżniona nagrodą Booker Prize w 1998 roku. Historia miłosna, liryczna, odważna, łamiąca wiele społecznych tabu. Klasyczna historia miłości na przekór podziałom społecznym, uwspółcześniona wersja... (Romea i Julii) - czytamy opinię Vogue na stronie wydawnictwa oraz w notce na ostaniej okładce książki. Może być ciekawie.

Ciekawie na pewno jest w Młodości stulatka Mircei Eliadego. To także nie supernowość, ale dla mnie zapowiada się ekscytująco. Jeśli tylko stylem i poziomem przekazywanych emocji choć trochę przypomina inną na wskroś indyjską powieść Eliadego - Majtreji. Choć tylko część fabuły Młodości... rozgrywa się w Indiach, to sięgnę po nią wkrótce na pewno. Na podstawie książki powstał film pod tym samym tytułem, jednak znaleźć go można w kategorii thriller (co dla mnie nie stanowi zachęty).

A tę książkę napisał Polak, młody chłopak. To znaczy jego głos w radiowej Trójce bardzo młodo brzmi.

Tomek Michniewicz wydał niedawno książkę Samsara. Na drogach, których nie ma. To opowieść o otwartości na świat i ludzi, podążaniu własną ścieżką, samotności podróżnika. Dziennikarz przejechał Azję, w tym oczywiście Indie. Kilka fragmentów książki można przeczytać na stronie wydawnictwa Otwarte.

I znowu dziennikarz. Kilka lat temu hiszpański redaktor Jaume Sanllorente jadąc na wakacje do Indii nie przypuszczał, że ta podróż zmieni jego życie. A przecież to takie oczywiste - że Indie zmieniają życie. Będąc w Bomabaju tafił na likwidację sierocińca. Wszystkie mieszkające tam dotychczas dzieci miały pójść mieszkać na ulicę, a w konsekwencji stoczyć się społecznie i zmarnować swe istnienie. Jaume zdecydował, że nie może na to pozwolić i założył organizację o nazwie Uśmiechy Bombaju. Taki też tytuł nosi jego książka-relacja z powstawania organizacji. Bardzo zacne to dzieło - to, co zrobił, jak i książka. Bo jak wiadomo założenie organizacji w Indiach nie jest prostą sprawą. Pietrzą się formalności, absurdalne przeszkody, urzędnicy odsyłają do siebie nawzajem, a jeśli jesteś obcokrajowcem, to musisz zapłacić prawdopodobnie dużo więcej niż Indus, w dodatku wszyscy zakładają, że pieniądze to dla ciebie no problem. Bardzo podziwiam Jaume'a, naprawdę, i chylę czoła. I przypomina mi się też pewien chłopak, którego poznałam w Biharze, fizjoterapeuta, który jeździł do wiosek rehabilitować dzieci z powykrzywianymi kończynami na skutek braku szczepionek przeciw polio. Dostałam od niego kilkanaście wiadomości, w których prosił o pieniądze, m.in. na benzynę do motoru, którym dojeżdżał do wiosek. Nie miał jednak konta bankowego - z powodu jakichś przeszkód biurokratycznych właśnie, a więc nie bardzo mogłam mu pomóc. A szczerze mówiąc to nie miałam pewności co do jego rzetelności, nie wiem, dlaczego, bo naprawdę nie mogłam mu nic zarzucić w tym, co robił dla tych chorych dzieci. Jakaś irracjonalna obawa i intuicyjna nieufność spowodowała, że jednak nie chciałąm mu pomóc. Tak było właśnie. Dlatego - być może trochę w ramach zmniejszenia mojego dysonansu i wyrzutów sumienia - tak się zachwycam tą ideą organizacji i napisanej o tym książki. No ale trudno się przecież nie zachwycać kimś, kto robi coś dobrego. *

I na koniec jeszcze perełka - książka napisana stylem, który bardzo lubię - bez zadęcia i patetycznej wzniosłości, ale prześmiewczo i przez to zabawnie i z dużym dystansem do siebie.
Wydana przez wydawnictwo Zysk i S-ka książka Lucy Edge Najgorsza w szkole jogi to historia autorki, która po dziesięciu latach spędzonych na pracy w agencjach reklamowych i piciu drinków ma już dość układania sloganów do reklam margaryny i postanawia poszukać innej drogi życiowej. Chce odzyskać duchowy spokój i kosmiczną szczęśliwość w harmonii z samą sobą i innymi. W opisie wydawcy czytamy: Marzy jej się zostanie boginią jogi, ucieleśnieniem kobiecej doskonałości - spokojnej, spełnionej, czułej. A przy okazji z ciałem jak precel - pozbawionym tłuszczu, giętkim i silnym. Jednak to, co znajduje po dotarciu do Indii, przerasta najśmielsze wyobrażenia. Wszechobecna obsesja samodoskonalenia, płytkie oświecenie, blichtr i pozory. Zachwycające są jedynie Indie same w sobie. (...) Najgorsza w szkole jogi to emocjonujący dziennik z podróży, zabawna historia o poszukiwaniu sensu życia na Dalekim Wschodzie, o uprawianiu jogi i o miłości do Indii. Przezabawne poszukiwanie sensu życia zmienia się w pełne radości odkrywanie Indii.
A więc kolejna kobieta, która w dość niekontrolowany sposób zakochała się w Indiach. Badzo fajnie, że to nie jest śplepa miłość.


* Wcale nie przeczytałam książki "Jak
rozmawiać o książkacha, których się nie czytało?"
. Ani żadnej z polecanych jeszcze nie przeczytałam. Jak się znam, zacznę od zakupu tej ostatniej. A na razie zakupiłam coś, na co polowałam od dawna, i nie jest to nowość:

piątek, 14 maja 2010

David wants to fly/Zabawny film o indyjskiej duchowości

Bardzo polecam ten film, bo jest bardzo zabawny, ale nie tylko dlatego go polecam. David wants to fly jest do obejrzenia podczas Planete Doc Review. www.docreview.pl dziś (piątek) oraz 15 maja o godz. 16.30 w Kinotece.


W największym skrócie to film obnażający fasadową duchowość indyjską. Bohater i reżyser w jednej osobie - David Sieveking - postanawia sprawdzić, czym jest ruch Medytacji Transcendentalnej Maharishi Mahesha Yogiego, którego propagatorem jest obecnie m.in. David Lynch, a uczniami byli m.in. Mick Jagger, Marianne Faithfull, Mia Farrow i Kurt Vonnegut. Zadziwiające! Że oni wszyscy podążyli za tandetną dość - tak wynika z filmu - filozofią, i jeszcze za to płacili bardzo dużo pieniędzy.

Wywiad z Davidem jest do przeczytania tu.

I mała galeria zdjęć z Davidem:




Fot. www.davidwantstofly.com

środa, 5 maja 2010

Back to Paris for a while/Taki sklep Tati



Wzruszyłam się. I znowu przez ten Paryż. Z niebieskiej reklamówki rzuconej gdzieś głęboko na dno szafy, głęboko - żeby jej nie widzieć i nie wzruszać się na jej widok - reklamówki z hasłem "Tati - La rue est a nous!" (Tati - ulica jest nasza!) wyciągnęłam stare płyty ze zdjęciami paryskimi. Płyty mają nadruk najpopularniejszego sklepu multimedialnego w Paryżu - FNAC. Wypalałam wtedy tam zdjęcia, bo nie miałam swojego laptopa, a bliski znajomy, który go miał, ciągle gdzieś jeździł, no tak, ludzie telewizji tak mają, że więcej ich nie ma niż są. Reklamówek od Tatiego miałam wiele, bo byłam wtedy taka biedna, że tylko w sklepie założonym przez tunezyjskiego emigranta Julesa Ouaki mogłam sobie coś kupować. Biedna ale szczęśliwa. Pensja z połowy etatu w instytucie badawczym ledwie starczała na kilkunastometrowy (żeby) chambre de bonne na 7 piętrze przy Avenue de Segur w luksusowej dzielnicy, położonej pomiędzy dwiema wieżami - Montparnasse i tą bardziej słynną.

Widok na dachy Paryża z apartamentu numer 23 (!).

Jak dla mnie ta pierwsza wieża jest zdecydowanie ciekawsza. Kinowo-knajpiany klimat i urokliwy mrok małych uliczek wciśniętych między stare kamieniczki powodował, że właśnie na Montparnassie często kończyły się moje wieczory. Tam też pożegnałam się z ulubionym znajomym, oddając mu na do widzenia mój nieskończony obraz. Obraz nie podobał mu się na żadnym z etapów powstawania, ale łaskawie powiedział, że owszem weźmie, ale schowa go w piwnicy. W ogóle nie podobało mu się, że wyjeżdżam. I mi też się to wtedy nie podobało. Na Montparnassie też miało miejsce ciekawe spotkanie z Frankiem, przyjacielem tego znajomego z telewizji, który nie mógł się czasem spotkać, choć się kilka godzin wcześniej umawiał i miał z tego powodu wyrzuty sumienia, więc wysyłał w zastępstwie właśnie Franka. Przez te zastępstwa zaprzyjaźniliśmy się z Frankiem. Ale wtedy, zwłaszcza tego dnia znajomy z telewizji poprosił, żebym w ramach zastępowania dodatkowo pocieszała złamane serce Franka. Ten jednak tego pocieszania już najwyraźniej nie potrzebował, bo właśnie liczył na to, że przyjdę z polską koleżanką Hanną, na którą leciał. Hanna była z Poznania i była szczupłą, wysoką blondynką o niebieskich, szeroko rozstawionych oczach, Hanna miała też przerwę pomiędzy jedynkami, dużo piegów i długowłosego chłopaka-metalowca, który raz nawet przyjechał w odwiedziny do Hanny. Wtedy Hanna pokłóciła się o pokoje z Dominiką, z którą mieszkała w domku na parterze. Hanna chciała się zamienić na większy pokój z dwuosobowym łóżkiem, ale Dominika nie chciała, bo właśnie zakochała się w takim Janku z Bydgoszczy, który pracował jako sprzątacz i nosił okulary z bardzo grubymi szkłami. No ale Hanna nie przyszła i chociaż Frank od początku wiedział, że nie ma szans z polskim metalowcem, to nie dawał za wygraną. Kiedy czasami jeszcze dzwoni, zawsze pyta, co u Hanny i czy mam z nią kontakt i głośno zastananwia się, czy Hanna ma jedno dziecko, czy może już dwoje i czy pracuje jako księgowa, czy raczej w jakiejś francuskojęzycznej firmie. Bo Hanna prócz urody miała jeszcze jeden wielki plus, bardzo ważny na początku pobytu we Francji, zwłaszcza dla nieco onieśmielonych Polaków pretendujących do bycia takim kimś, o kim czytali w liceum, kogo nazywa się emigrantem i kto jest biedny, ale romantyczny, czyta literaturę francuską i spotyka się z artystami francuskimi i jest jak taki pisarz czy inny Mickiewicz nawet. Zaletą Hanny było to, że świetnie mówiła po francusku. Najlepiej z nas wszystkich.

Spotkanie z Frankiem było więc tym razem męczące nieco. To było chyba kiedy szliśmy do Gaumonta, zobaczyć, co grają. Zadzwonił ten kolega od obrazu, mówiąc, że właśnie jest na Montparnassie i czeka na mnie i gdzie ja jestem. Zażyłość z Frankiem była wówczas w mało rozwiniętym stadium, więc wolałam towarzystwo kolegi od obrazu. A jako, że obaj są Francuzami, nie mogłam z tym od obrazu rozmawiać swobodnie przy tym znajomym znajomego z telewizji. Rzecz polegała na tym, by delikatnie spławić Franka, a płynnie przeskoczyć na spotkanie z czekającym gdzieś, być może za rogiem, kolegą od obrazu. Połączenie towarzystw nie wchodziło w grę, gdyż spotkanie obu panów mogło skończyć się katastrofą dla wszystkich. Katastrofą powstałą w wyniku zetknięcia się krańcowo różnych światopoglądów, kolorów skóry i orientacji. I właśnie kiedy tak chciałam, żeby Frank zniknął i kiedy miałam już wrażenie, że sytuacja skończy się jednak katastrofą i że ci, do których spotkania nie chciałam dopuścić, zaraz na siebie wpadną, i że - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - misterny plan zostanie pokrzyżowany przez złośliwy los, właśnie wtedy stała się rzecz dziwna. Przed naleśnikarnią na rogu, tuż przy wyjściu z metra Montparnasse Bienvenue zatrzymał się samochód. Czarny. Postał chwilę, jakby na nas patrzył, zjechał na chodnik, a po chwili wysiadła z niego bardzo wysoka dziewczyna z bardzo długimi, ciemnymi, kręconymi włosami. Była o jakąś głowę wyższa od mierzącego 180 centymetrów Franka. Podeszła do nas - właśnie staliśmy w kolejce po crepesy z pieczarkami i serem - zaczęła mówić coś do Franka, co brzmiało mniej więcej tak: Frank. Pojedź ze mną proszę. Musisz jej pomóc. Wiesz, że nie chodzi o mnie. Proszę.
I zaczęła płakać. Frank chwilę pomyślał, spojrzał gdzieś w bok, cmoknął mnie w policzek, A bientot, cherie, i wsiadł do tego czarnego samochodu. Jak w filmie jakimś. Kiedy już ochłonęłam, spotkałam się oczywiście z kolegą od obrazu, poszliśmy do kina na stary i smutny film o chłopcu, który przyjechał do Paryża z Afryki, ale tak bardzo tęsknił za domem, że z tej tęsknoty wszędzie widział tygrysy chyba. Albo jakieś inne dzikie zwierzęta, nie pamiętam już. Historia z dziewczyną nie dawała mi spokoju. Później Frank wytłumaczył mi, że to była jego była.



A w Tatim najczęściej kupowałam podłej jakości lecz piękną, bieliznę. Lubiłam też oglądać ludzi, którzy przychodzili do Tatiego. Była to kolorowa mieszanka emigrantów, która z całego Paryża i przedmieść przyjeżdżała do XIX dzielnicy. Wysiadali na parszywej, zawsze śmierdzącej i zaśmieconej stacji Barbes Rochechouart i szli wzdłuż ulicy Barbes, na której Tati wystawiał wielkie, drewniane skrzynki na kółkach, w których leżały towary po 1, 2, 3 lub 5 Euro. Tati był też fajny, bo miał stock. Jak się dobrze poszperało, można tam było znaleźć pogniecioną nieco, ale zawsze - torbę Pucca, klapki Etam, albo żółte Conversy. Torbę sprezentowałam bratanicy, klapki - przyjaciółce, a w tramkach sama biegałam. Tati miał upaść. Nie wiem, czy nadal istnieje.


Do sklepów - bo jest to kilka sąsiadujących ze sobą, wielkich, trzypiętrowych sklepów - mam sentyment z czasów, kiedy pomieszkiwałam na Rue Clignancourt, ulicy prostopadłej do Barbes. Na Na końcu ulicy był arabski bar, w któym w każdy piątek do zamówionej butelki czerwonego wina dodawano couscous z warzywami dla każdego chętnego. Knajpa zawsze wtedy pełna była kontestującej młodzieży nie jadającej mięsa, ale za to pijącej wino w dużych ilościach. Miłe to były wieczory, z Drumem w skrętach i kotami kładącymi się pod stolikami. Przy ulicy Clignancourt był też bar U Aliego, a nad nim mieściło się trzypokojowe mieszkanie Tomka i Kasi, w którym mieszkali różni Polacy. Kasia i Tomek to temat na zupełnie inną historię, powiem tylko, Tomek ukrywał się tam przed różnymi władzami (teraz jest już w zupełnie innym kraju, więc ta informacja raczej nie będzie pomocna ani jego rodzinie, ani żadnym służbom specjalnym), a Kasia pracowała jako guwernantka i w pewnym momencie nawet miałam ją zastąpić, ale jak zobaczyłam na czym polega praca z wcieleniem diabła w wieku lat sześciu, które nosiło imię Damien, podziękowałam za jej propozycję. W każdym razie Polacy z Paryża też wtedy robili zakupy w Tatim. Ileż to znajomości tam zawarłam, ileż spotkań. Polskość rozpoznawano we mnie dzięki wielkiej, białej płóciennej torbie z logo Fundacji Nasza Ziemia i hasłem "Recycling - to się wszystkim opłaca". Interesującą kategorią byli też pracownicy Tatiego - wszyscy czarni. Bardzo ładni byli zwłaszcza panowie w dziale z męskimi garniturami ze sztucznych materiałów za 30 Euro.


Wszystkie zdjęcia o zabarwieniu medycznym (Never have your period again, Trust him again, Act normal around your ex-husband's new boyfriend, Are you a gay? Find out now!) pochodzą ze sklepu przy galerii
Palais de Tokyo. Byłabym pierwsza w kolejnce w aptece, gdyby te specyfiki rzeczywiście istniały.

A te wspomnieniowe historie? Cóż, wszystko przez paryską plażę sezonową, której zdjęć szukałam na płytach ukrytych właśnie w torbie od Tatiego. Paris Plage wygląda właśnie tak:

piątek, 30 kwietnia 2010

Will India win with China?/W Indiach liczą ludzi

Banałem będzie to, co napiszę, ale prawdziwym: życie toczy się zaskakującymi torami i pochłania, nie pozostawiając wiele czasu na życie w wirtualnej rzeczywistości. Jestem pewna, że zdarzyło się wam być w wirtualu, a czuć się, jakbyście jednak byli w realu. Gdy ma to miejsce, czerwone światło zapala się w głowach psychologów, którzy mówią, że to zły znak, i że jak tylko się takie uczucie pojawi, to należy jak najszybciej znaleźć sobie jakieś rzeczywiste zajęcie. (Ja np. sadzę ostatnio kwiatki. No, naprawdę. Posadziłam już bratki, niezapominajki, rumianek i bazylię i posiałam goździki). Pamiętajcie jednak, że zmianą rzeczywistą nie jest wcale zmiana najczęściej odwiedzanego adresu www, ani też zamiana bloga na facebooka.


Fot. Bez związku, ale bardzo lubię to zdjęcie. Ci dwaj panowie sprzedawali owoce na plaży w Palolem. Byli tak szczęśliwi i zadowoleni, śpiewali przy tym i tańczyli. Najprawdopodobniej byli mocno upaleni.

A Indie ostatnio żyją wielkim spisem ludności, który zaczął się w kwietniu. W jego wyniku wszyscy, którzy nie mają dowodów osobistych, maja je dostać w jego wyniku. Numeru ID nie mają ludzie na wioskach, biedni i ci, którzy nie pracowali nigdzie legalnie, oraz ci, którzy nie urodzili się w szpitalu. Bo tylko tam taki dokument do tej pory wydawano.

To będzie pierwszy tak dokładny spis. Indie przeprowadzają go co 10 lat od 1872 roku. Teraz właśnie dwa i pół miliona rachmistrzów odwiedza ponad 7 tys. miast i 600 tys. wiosek. Przepytują bezdomnych, niedotykalnych i guru. Informacje uzyskane ze spisu będą przełomowe z socjologicznego, a także ekonomicznego i prawdopodobnie każdego innego punktu widzenia. Bo wśród pytań oprócz pytań o zawód, religię i wykształcenie, będą też dotyczące np. dostępu do internetu, wody pitnej oraz posiadania w domu toalety.

Każdy Indus powyżej 15. roku życia zostanie sfotografowany i będzie musiał złożyć odciski palców. Każdy otrzyma też 16-cyfrowy numer identyfikacyjny (taki nasz PESEL). Dane te znajdą się w nowych dowodach.

Bardzo jestem ciekawa wników spisu! Zakończy się on w grudniu 2010 r, a wyniki mają być podane do wiadomości publicznej w połowie 2011 roku. Czy okaże się, że Indie wyprzedzą Chiny pod względem ludności?

PS W lipcu planuję odwiedzić Indie kolejny raz. Czy ktoś ma może podobne plany? Albo chce się wybrać ze mną?

piątek, 23 kwietnia 2010

Festiwal Przygody Mandragon

No więc jako fanka Indii informuję, że interesujący festiwal właśnie się zaczął w stolicy: http://mandragon.pl



Dziś np. o godz. 19 w Centrum Łowicka przy ul. Łowickiej 21 będzie tańczyła Kinga Malec z zespołu Mohini.


Podobno słynna, podobno wielka, od dzieciństwa kocha Indie, taniec i muzykę indyjską i podobno jej taniec jest radosny, dynamiczny a jej gesty uwodzą. Na jej stronie: www.kingamalec.pl próbowałam zobaczyć, jak tańczy, ale nie znalazłam nic poza linkiem do youtube, więc nie wiem, czy to wszystko prawda. Ale może sprawdzę dziś lub w niedzielę.

sobota, 17 kwietnia 2010

Trauma

Szkoda, że Polska ma taką tragiczną historię.
Mówimy ostatnio o zjednoczeniu, solidarności i pojednaniu politycznym i ludzkim. Wtedy inni mówią o patosie i narodowej histerii. Dziennikarka naiwnie pyta w telewizorze: A czy z tego wyniknie teraz jakieś dobro?!. Waro rozmawiać o spisku - zachęca Polaków do rozmów naczelny polski jątrzyciel. Niektórzy przestają zaglądać do gazet, nie włączają radia, nie oglądają tv. Rozumiem i chciałabym tak, ale czytam gazety, słucham radia i patrzę w ekran komputera. Inni mówią, że teraz media "ryją ludziom mózgi". A ja chcę wiedzieć, chociaż mam tego chwilami dosyć. Poszłam do centrum handlowego - pomyślałam, że tam może będzie mniej szaro, i da się na chwilę odzyskać równowagę. Że jak zwykle będą tłumy ludzi, gwar, reklamy, muzyka i zapach ciast. Nic z tego - smętnie snujące się po opustoszałych sklepach pojedyńcze egzemplarze rodzaju żeńskiego przeglądały bez entuzjazmu ubrania z nowych kolekcji. Wszystko w całkowitej ciszy - nie słychać żadnej muzyki w całym centrum. Na ekranach reklamowych widać obrazy powiewających biało-czerwonych flag.

Nie głosowałam na Lecha Kaczyńskiego i nie mogę powiedzieć, że to był mój prezydent. Ale tydzień temu płakałam. Współczuję rodzinom. Byłam pod Pałacem Prezydenckim, ale nie weszłam do środka. Widok trumien w telewizji jest wystarczająco wstrząsający. Napatrzyłam się też w ostatni wtorek na trumnę wujka. Nie do zniesienia jest ilość tych traum i trumn.

Na rogu mojej ulicy na chodniku stoją znicze i leżą kwiaty pod zdjęciem księdza
Zdzisława Króla, który mieszkał za rogiem, obok kościoła. Za rogiem też, na skraju parku saskiego stoi telebim, na którym zobaczę, co się wydarzy na placu Piłsudskiego za pół godziny. Dalej już raczej nie uda się wejść.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Cross


Krzyż w kościele Jezuitów w Old Goa. Spoczywją tu szczątki świętego Franciszka Ksawerego, który w 1541 roku dotarł do Indii. Przezroczystą trumnę w kościele wystawiają na widok publiczny co 10 lat. Podobno podczas jednego z takich wystawień jakaś kobieta rzuciła się na trumnę i odgryzła świętemu kawałek nogi. Święty nie ma także prawego ramienia, bo w 1614 roku sprowadzono je do Rzymu.
Raczej nie chciałabym oglądać takiego wystawienia.




Sklepy z dewocjonaliami, których wiele wokół kościołów katolickich w Old Goa. Od naszych europejskich różnią się tylko kolorem skóry sprzedawców, a Maryjki i Jezuski wcale nie mają azjatyckich rysów twarzy.



Jeszcze nie czas chyba na życzenia,a le potem - wiadomo - nikt nie będzie przecież w Internecie siedział, więc - wesołych świąt.

sobota, 27 marca 2010

Silent noise/cicha dyskoteka

Cichy hałas - ładne, prawda? Hałas prywatny, intymny. Genialne w swej prostocie rozwiązanie dla amatorów nocnych imprez w czasach ciszy nocnej obowiązującej od wczesnej godziny 22.00. Jak się bawić, żeby nikt nie słyszał? W słuchawkach. Pisałam już o HEADPHONE PARTIES, ale urzekła mnie jakoś ta idea. Przewrotność i prostota rozwiązania chyba najbardziej do mnie przemawiają. Skąd ten pomysł? Mieszkańcy Goa i turyści, którzy przyjeżdżali tu odpocząć a nie imprezować, narzekali na zbyt głośne nocne imprezy. Więc rząd stanu Goa wprowadził ciszę nocną. Imprezowicze musieli sobie jakoś radzić, respektując przy tym prawa innych. Jak wygląda teraz takie silent party w Neptune's Point w Palolem, można zobaczyć tu.

Po raz kolejny okazuje się też, że Goa to jendak nie do końca Indie. Podobnie jak w przypadku muzyka Prem Joshuy, który jest Niemcem robiącym zawrotną karierę w połnocnej części Goa, tak i ojcem cichych dyskotek na południowym krańcu stanu w Palolem jest biały człowiek - Justin Mason z UK. Spryciarz ów zapewnia muzykę puszczaną przez trzech DJ-ów i odpowiadające im kanały w słuchawkach. Kanał podświetlający słuchawki na niebiesko zarezerwowany jest dla muzyki pure house, kanał czerwony gra muzykę electrotech, a na zielonym można posłuchać wszystkiego - od Oasis do James'a Browna. Wszystko w ciszy, oczywiście. Slychać tylko szum fal i fałszujące w rytm muzyki w słuchwkach głosy tańczących.


Jak na miejsce Neptuna przystało - syreny czuwają wokół dyskoteki. I choć syreniego śpiewu tu nie słychać, magia tych kiczowatych półkobiet działa i przyciąga.

Na drugim planie widać wysoko wzniesiony barek. Na prawo od niego mieści się główna scena didżejska. Ludzie tańczą na polance pomiędzy barkiem a stolikiem DJ-ów. Żeby dostać się wieczorem do Neptune's Point trzeba mieć ze sobą latarkę. Bo droga prowadzi wąską ścieżką wijącą się obok domków na klifie. Ścieżki nie widać nocą, choć są tu latarnie. Nie widać, bo około godz. 21.00 w Palolem i okolicach nie ma prądu. Wieczorami knajpy przeżywają oblężenie, wszyscy jedzą, piją, a kucharze gotują i zużywają dużo energii, dlatego przeważnie wtedy siada napięcie. Bardzo tajemniczo to wygląda, kiedy między skałami widać z daleka małe, jasne, podążające za sobą chaotycznym szlakiem punkciki. Ludzie z latarkami.

W nocy - ciche rozrywki dla ciała, w dzień Neptune's Point staje się centrum rozrywek duchowych. Odbywają się tu zajęcia z jogi, medytacje, można się wymasować i poznać własną przyszłość, która zapisana jest na dłoni każdego człowieka. Aurę duchowości potęguje schowane w pobliskim lesie centrum Bhakti Kutir (www.bhaktikutir.com) - miejsce znane chyba wszystkim pasjonującym się reiki, tai chi, tarotem i jogą.



Neptun oferuje usługi full service - po imprezie można pojechać do hotelu. To dość intratny biznes, bo dalekie kursy taksówek są całkiem częste - wybrzeże ciągnie się przez jakieś 200 km w kierunku północnycm, a na sobotnie silent noise parties przyjeżdżają ludzie z całego Goa.

wtorek, 23 marca 2010

Civilisation

Pusto jakoś w tym kraju jest. Spoglądam przez okno – czy samochód stoi, tam, gdzie go postawiłam wieczorem (wszak to centrum jest, więc nigdy nie wiadomo) – i jakoś dużo miejsc parkingowych widzę. Przerwy pomiędzy samochodami są tak duże, że spokojnie zmieściłyby się w tych szparach ze trzy skutery. A jedna riksza to na pewno.



Na ulicach też mało ludzi, nikt się nie przepycha, nikt nie trąbi i nikt się nie uśmiecha. Ja sie uśmiecham, ale mało kto uśmiech odwzajemnia. Korki też są jakieś luźniejsze – niby się stoi na wisłostradzie, ale jakoś kulturalnie i nikt raczej nie wjeżdża nagle z lewej strony. Cywilizacja jest mniej zatłoczona. A może to nie jest cywilizacja? Może taka Mapusa podczas piątkowego targu, kiedy wykorzystany jest każdy centymetr kwadratowy przestrzeni jest właśnie bardziej ergonomiczna i ucywilizowana niż np. taki bazarek pod Halą Mirowską, gdzie alejki są szerokie, a miejsca starcza dla pań ciągn ących za sobą wózeczki na kółkach i gdzie mieszczą się też rowerzyści, a pomiędzy nimi spacerują jeszcze strażniczki miejskie rzucające groźne spojrzenia babciom sprzedającym marynowane grzybki i bazie, których właśnie nazrywały gdzieś w krzaczorach nad Wisłą?


Skusiłam się na goańskie kiełbaski, przez które mam teraz w żołądku mam jakiegoś robaka. Ścisła dieta, gotowany ryż na wodzie, żadnych soków i napojów gazowanych. Będą mi badać wydzieliny, jeśli nie przejdzie za kilka dni.


Zapisałam się wczoraj do biblioteki. Wstyd sie przyznać, ale to moja pierwsza biblioteka od studenckich czasów buwowskich. Ostatnio czytałam tylko książki, które albo kupiłam, albo pożyczyłam, albo dostałam od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych wydawnictw. Zapomniałam o istnieniu tak pożytecznej instytucji, jaką jest biblioteka publiczna. Wypożyczyłam "Malarza szyldów", R.K.Narayana, co doskonale podsumowało temat, wokół którego krąźą moje myśli. Bo "Malarz szyldów" to m.in. historia miłosna, której bohaterką jest urzędniczka zajmująca się uświadamianiem Hindusom, jak ważne dla ich przeludnionego kraju jest ograniczenie liczby urodzin i świadome macierzyństwo. Voila. Wzięłam jeszcze "Algebrę bezgranicznej sprawiedliwości" Arundhati Roy – to bardzo aletrglobalistyczna krytyka Zachodu dokonana przez indyjską dziennikarkę, oraz "Pokazać język" Guntera Grassa. Nie wiedziałam, że on też ma za sobą "etap indyjski". Właściwie to zrozumiałe przecież – każdy (pisarz i normalny człowiek też) – powinien przynajmniej raz pojechać do Indii. Dla zdrowia psychicznego.

No, tak, są to same indyjskie lektury. Nie mam przesytu, nie jestem Indiami zmęczona, już tęsknię i już szukam taniego biletu na lipiec. Zanjomy zapytał ostanio, czy Indie naprawdę mnie tak zafascynowały, czy ja po prostu przed czymś uciekam. Ta druga możliwość jest oczywiście jego zdaniem bardziej prawdopodobna, więc zapytał, przed czym uciekam. Na pewno przed kilkoma demonami z przeszłości. I przed przyszłością też, i przed prawdziwością i dorosłością i odpowiedzialnością i konsekwencją w działaniu. Tylko, że z tym kolegą to jest tak, że przyganiał kocioł garnkowi. Bo kolega jest kosmopolitą i travelersem za pracą. Urodził się w Mołdawi, mieszkał w Polsce, Belgii, w Rzymie, a teraz właśnie przenosi się do maleńkiego raju dla przedsiębiorców, królestwa, w którym nie płaci się podatków, w którym kobiety maja silną pozycję, mimo, że to kraj arabski. To Bahrain Kingdom. W Bahrainie mieliśmy międzylądowanie, ale wystarczył mi rzut oka na sprzedawców na lotnisku i miejscowch podróżujących, żeby mieć pewność, że mieszkają tu bardzo mili i ładni ludzie. Choć nie tak ładni jednak jak w Indiach.

Chłopak, który pracuje jako taksówkarz. Z poprzedniej pracy w banku musiał zrezygnować z powodu problemów z kręgosłupem – nie może stać dłużej niż 3 godziny
.

Zabawnie i strasznie było wracać samolotem wypełnionym Polakami wracającymi z wycieczek na Goa. Byliśmy jedynymi podróżnymi, którzy mieli wykupione same bilety. Reszta wracała z pobytów zorganizowanych przez biuro podróży.
Ale brudno w tych Indiach, i śmierdzi wszędzie... Nie no, nie było tak znowu źle, hotel był czterogwiazdkowy, z jedzeniem - takim sobie. Ale za to basen był. Jedna pani z oburzeniem wspominała, jak kelner przyszedł do jej stolika z zamówioną herbatą i z kieszeni spodni wyjął łyżeczkę i zamieszał nią w jej szklance: Kompletny brak poszanowania zasad higieny!
Jak to – sam bilet?! I jak to pani zrobiła?! Tak sama? A skąd pani wiedziała, gdzie jest hotel? Och mój Boże, i nie bała się pani? Przecież oni tu się patrzą na człowieka jak na małpę jakąś białą, zdjęcia sobie robią. Wcale się nie naśmiewam, ani nie wywyższam, bo doskonale rozumiem, że uczestnicy tych wycieczek byli z nieco innego pokolenia. Pokolenia wąsatych panów z brzuszkami i pań w szpilkach i z zaplecionymi w warkocze, ufarbowanymi na bardzo jasny blond włosami. Pokolenia, które zachłysnęło się światem widzianym z perspektywy autokaru, pokoleniem, które dopiero niedawno zaczęło jeździć po świecie (No Mareczku, to gdzie się spotkamy następnym razem? W Egipcie już byliśmy, to może teraz ta Kreta, co?) – wcześniej nie było im wolno, a w czasach ich młodości mogli jedynie wyjechać na wymianę studencką do Rumunii albo Bułgarii. Pokolenia Nie no, teraz te brudasy będą tysiąc razy sprawdzały nam paszporty i bagaże, po co ja się pytam, przecież tu nie ma im co nawet wywieźć.
Back to reality. Ale i tak jest pięknie – świeci słońce, w ogrodzie zakwitły przebiśniegi, koleżanki z pracy cieszą się z kolorowych szalików, spódnic i herbat, literki same się w słowa układają.


Bananów też nie mogę jeść. Ani żadnych innych surowych owoców.

piątek, 19 marca 2010

PsyTranceGoa/Muzyczna pocztowka



Rewolucjonista ostatnich lat w muzyce krolujacej na Goa nazywa sie Prem Joshua i jest Niemcem. Ma dluga, jasna brode i takie same wlosy. Klasyczny hipis. Jako 4-letni chlopak zaczal grac na flecie. Jako nastolatek gral juz na saksofonie w rockowych kapelach mlodziezowych. Kiedy jako osiemnastolatek skonczyl szkole, ruszyl w podroz. Jechal przez Grecje, Turcje, Iran, Afganistan i Pakistan i wszedzie zachwycal sie muzyka. Ale prawdziwego oslnienia doznal, kiedy w koncu dotarl do Indii. I tu bardzo dobrze Joshue rozumiem, bo chlopak poczul, ze jest w domu, w koncu u siebie. Mial wrazenie, ze zna Idnie bardzo dobrze, choc oczywiscie nie mial o nich pojecia. No bo skad mial miec 18-letni dzieciak? A bylo to w latach 70. Do dzis Prem wydal juz 14 albumow. Wlasciwie wszedzie slychac tu Prem Joshue. Stwierdzam, ze podoba mi sie ten styl, choc kazda plyta jest inna. Troche denerwuja mnie zachodnie wstawki, a juz nie przepadam w ogole za jez. angielskim, ktory mozna uslyszec na roznych innych plytach z cyklu chillout India. Ale musze Joshue poznac lepiej, zeby dokladniej ocenic. I na pewno napisze o nim tu wiecej.

Hit ostatnich sezonow sa skladanki Prem Joshuy z 2003 roku z cyklu Shiva Moon remiksowane przez Manesha de Moora. Esencja tej tworczosci zaczyna sie w ponizszym kawalku w drugiej minucie. Zaskakujace polaczenie klasycznych brzmien indyjskich z trancowym rytmem. Uwaga, rytmy czasem za mocno zremixowane. Nie jest to jednak jeszcze styl Goapsy.



Muzyki Goapsy miejscowi hindusi nie moga oficjalnie sprzedawac. Ludzie mowia, ze traktuje sie ja jak narkotyk. I cos w tym jest. Dlatego uliczni sprzedawcy chowaja plyty gdzies pod szmatami na straganach, a jak juz cos pokatnie sprzedadza, zawijaja plyte w gazete i prosza, zeby nie pokazywac miejscowym i nie mowic, gdzie plyta zostala kupiona.

Nie przepadam za tymi zabronionymi rytmami, ale zamieszczam, no bo to jest kawalek tego swiata. No i prawda jest, ze wcale nie potrzeba dopalaczy, by wpasc w trans przy takim rytmie. Zobaczcie zwlaszcza i posluchajcie tego kawalka.

A tu sa ciekawe wizualizacje.

A to jest GoaPsyTrance. Zadziwiajace, ze taka - no powiedzmy otwarcie - bezmyslna muzyka, przyjela sie w miejscach - wydawaloby sie - tak uduchowionych. Moze za sprawa turystow (angielskich?), ktorzy przywiezli ze soba swoj taste of home? I tak juz zostalo - za sprawa kolejnych turystow, ktorym to pasowalo?

Fot. PremJoshua.com

niedziela, 14 marca 2010

Saturday night Fever

Wczoraj byla sobota. Dzien imprez, prawda? Ale nie tu, w miejscu slynacycm w Indiach wlasnie z imprez. Dlaczego? Ktos bardzo wazny z rzadu Indii powiedzial wczoraj w telewizji, ze to nie prawda, ze na Goa jest problem z narkotykami. Ze nikt nie zaczepia bialych na ulicy i nie proponuje haszyszu ani malenkich kwadracikow Shiva Fly. Ze to wszystko plotki. Zeby udowodnic, ze mowi prawde, postanowil wlasnie w sobotni poranek wyslac na goanskie plaze 800 policjantow z Delhi. Tak tylko, zeby upewnic sie, ze nie ma zadnego zagrozenia. Dlatego tez wczoraj nie odbyla sie tu zadna impreza, nigdzie nie bylo glosnej muzyki, a miejsca znane palaczom haszyszu zamkniete zostaly na cztery spusty. Wlasciciele zdecydowali, ze lepiej nie kusic losu. I w ten oto sposob nie zobaczylam, jak wygladaja slynne HEADPHONE parties. Polegaja one na tym, ze kazdy uczestnik imprezy dostaje sluchawki i pilocika i moze sobie wybrac dowolny rodzaj muzyki, ktorego bedzie sluchal. Tlum tanczy na plazy, a kazdy do swojej piesni. Ciekawe.

Sunrise

Polozylam sie o 3.30 z nieokreslonym uczuciem, ze cos sie jeszcze tej nocy wydarzy. Po pol godzinie poczulam dreszcze. Po chwili dreszcze ustapily miejsca goraczce. I tak bylo do 6 nad ranem. W momentach wracajacej swiadomosci przeklinalam w duchu komary i goanskie kielbaski, ktore zjadlam na obiad. Malaria - myslalam - jak nic. W dodatku przypomnialy mi sie fragmenty z Mircei Eliadego w "Majtreji", w ktorej to ksiazce opisal, jak zapadal na malarie. Sny, widzenia, osamotnienie po utraconej milosci. Wlasciwie ten ostatni czynnik najbardziej chyba oslabil jego odpornosc. Tak, zawiedziona amilosc moze oslabic.

A wiec tak wyglada malaria? Acha. W fazie goraczki, gdzies okolo 6.40 postanowilam obejrzec wschod slonca. Na trzesacych sie nogach wyszlam na pusta plaze. Mimo ostrzezen wspollokatora. Bylo pieknie, mokro i jeszcze mrocznie. Wschodu nie obejrzalam - chmury byly zbyt geste. Za to obskoczyly mnie czarne psy i polizaly w nogi. Nie pamietam, jak wrocilam do pokoju, ale spalam do 10. Ciezkim i twardym snem. Malaria, czy choroba podroznika - whatever. Rudobrody Amerykanin jest zdania, ze to piekne by bylo - umrzec w Indiach.

W bardzo rzadkich wolnych chwilach czytam nowa Esther Villar. Ksiazka znowu o tym samym - o gonieniu i uciekaniu kobiet i mezczyzn. Kobieta oczywiscie goni, a przynajmniej powinna. Ale tak, zeby ON myslal, ze to on goni. Warto skorzystac z jej porad, naprawde. 






Wybaczcie chaos (haos?) i niegramatyczne sformulowania. Spiesze sie. Wiecej, lepiej, mocniej - po powrocie.

sobota, 13 marca 2010

On the way


Baga to bardzo tloczne i turystyczne miejsce. Imprezy, restauracje, bogata klasa srednia. Przyjezdzaja tu glownie Indusi na weekendy. Miasteczko tetni zyciem, wszyscy siedza na ulicy. Jezdzimy z Brianem skuterem - z tej perspektywy jest dobrze, wiatr rozwiewa amerykanska brode Briana. Wczoraj (a moze przedwczoraj?) w drodze do Anjuny wstapilismy do swiatyni Sai Baby (http://www.saibaba.org/), gdzies pomiedzy Vagator a Chapora. Wlasnie trwala Puja. Przerazajaco glosne, rytmicznie uderzajace dzwony sprawily, ze na chwile zdretwialam i musialam usiasc.

God takes good people

Rozmowa z taksowkarzem, ktory wiozl nas z Anjuny do Bagi:

- God takes from here only good people, you nkow? To meet them faster. Bad people must stay here and suffer from their long life.

- Which god?!

- Every god. Your god, my god, nevermind. God simply miss good people.

What i'm doing



Przezywam katolicyzm w wersji indyjskiej.


Pisze do Was listy i kartki, moi drodzy:)



Kupuje prezenty.



Spotykam bezinteresownie milych ludzi.

Rozkoszuje sie cudownym smakiem soku z trzciny cukrowej.

I miewam motylki w brzuchu.

czwartek, 11 marca 2010

Vasco da Gama


Slonica o imieniu Ganga w miescie Ponda, niedaleko Vasco da Gama. Bardzo przyjazna. Spotkac mozna tu slonie na ulicach, ale czesciej jednak sa po prostu atrakcja turystyczna. Biegaja swobodnie po Karnatace - tak twierdzi Debi - nasza mala przyjaciolka, z ktora wybralismy sie na planatcje przypraw w Pondzie. Widzialam, jak rosnie kardamon! Otoz jest to krzew wysokosci pol metra, a przy samej ziemi wypuszcza takie male korzonki, na koncu ktorych rosnie wlasnie kardamon. Wiem tez, ze nalezy ze srodka nasionka wyjmowac te czarne kuleczki i jesc je bezposrednio, albo same, bez lupinki dodawac do potraw i herbaty.

A wiecie dlaczego slonie maja takie postrzepione uszy? Bo wlasnie za nie lapia trenerzy, kiedy wchodza po trobie na slonia.


Zahaczylismy jeszcze o Vasco da Gama i plaze Bagamalo Beach. To najbrzydsze miejsca, jakie podczas tej wyprawy widzialam. Brudno, pelno smieci, smetna budka z jedzeniem na plazy, kilka lezakow, za ktore trzeba zaplacic, jakas samotna palma. Nie mogl ten Vasco odkryc czegos ladniejszego?!

Little biznes



Jest blogo i nieznosnie goraco. Anjuna to miejsce lubiane przez podstarzalych hippisow z dlugimi brodami i wlosami. Wieczorami na plazy unosi sie zapach haszyszu, a hippisi tancza w rytm muzyki trance. Okolice Anjuna Beach to slynne filmowe miejsca. Pamietacie "Tozsamosc Bourne'a"? Tu, niedaleko krecono scene, w ktorej ginie jego dziewczyna. Plaze Palolem widac za to w wielu produkcjach bollywoodzkich. Trudno sie dziwic - jest naprawde pieknie. Ciesza sie moje oczy i dusza. Bardzo.

Mniej za to cieszy sie moje cialo. Bo ironia mego zywota dosiega mnie takze i tu: pojechalam na plaze poopalac sie i zazyc witaminy D, tymczasem po dwoch dniach na skorze pojawily sie male pieczace babelki z woda. Poprzednim razem tez to mialam, tyle, ze na nodze. Portugalska pani doktor Pereira zabronila mi wychodzic na slonce pomiedzy godz. 8 a 16. Dala kremy, masci i tabletki. Do apteki zawiozl mnie motorem jej sasiad - mily mlody czlowiek. Chcial za to tylko, zebym zrobila jakis little biznes w jego sklepie. Zrobilam, ciagle robie jakies biznesy z plazowymi hienami, ktore napdaja na bialasow i tak nimi obracaja, ze trudno czegos nie kupic. Mam jednak ten komfort, ze kupuje tylko to, co naprawde jest ladne. Nie tak jak Endru - tak tubylcy wymawiaja jego imie - czyli moj travelpartner. Otoz pierwszego dnia na plazy Endru zakupil od pewnej pieknej dziewczyny o imieniu Gita branzoletke z muszelek i pudeleczko za jedyne 1000 rupii. Przeplacil 3 razy. Juz po chwili do Endru zbiegly sie prawie wszystkie inne plazowe hieny, ktore probowaly mu cos sprzedac czterokrotnie drozej. Endru kupil jeszcze kilka rzeczy, ktore kilka ulic dalej w sklepach kosztuja duzo mniej. Ale Endru to bogaty biznesmem, ktory twierdzi, ze jesli moze im w ten sposob pomoc, to na pewno to zrobi i w ogole nie ma problemu. O checi pomagania Endru dowiedzial sie tez taksowkarz, ktory proponowal nam wycieczke po okolicy za jedyne 3500 rupii i wlasciciel coconutu, w ktorym mieszkalismy. Ten ostatni zaproponowal, ze przyrzadzi dobre jedzenie z owocow morza. Czemu nie? Rzeczywiscie bylo pyszne, krewetka miala wilkosc dloni i delikatny zapach galki muszkatalowej. Taki sam obiad jadla z nami parka Francuzow, ktorzy wlasnie odpoczywali na plazy po objechaniu calych poludniowych Indii. Kiedy wasaty chlopak przyniosl rachunek, Francuzeczka pogardliwie wydela usta i w typowy dla tej nacji sposob wypuscila powietrze, mowiac, ze to najwiekszy rachunek, jaki do tej pory widziala. 800 rupii za rybke! Nasz opiewal na 1400 rupii. To okolo 100 zl. Po rozmowach z kelnerami i szefem, udalo nam sie wytlumaczyc im, ze nie zaplacimy tyle za dwie krewetki, dwie rybki i troche warzyw. Podobnych sytuacji bylo jeszcze wiele. Troche smutno bylo mi patrzec, jak entuzjazm Endru powoli gasl, kiedy docieralo do niego, ze miejscowi rzadko sa bezinteresownie mili.
Zniknelo tez kilka moich zludzen. Te Indie sa tak bardzo inne od poprzednich.

poniedziałek, 8 marca 2010

Prezent na Dzien Kobiet/Womens Day

Dziewczyny z Karnataki. Dwie godziny targowania, ale warto bylo: kupilam od nich prezent dla mojego taty - praktyczny - taki, jak wlasnie lubi. Zeby nie wydawac pieniedzy na zbedne luksusy, tylko zbierac na mieszkanie.


A Bob Marley jednak wciaz tu kroluje. Morze Arabskie jest najcieplejsze ze wszystkich, ktore widzialam. Sensacje na plazy budzi moj kolor skory, a kraj, ktory nazywa sie Poland, w Palolem nie jest raczej znany. Polacy jezdza do polnocnych, zatloczonych kurorcikow. Tutaj jest blogo i spokojnie. Spimy dzis w chatce na plazy za 400 rupii (zeby juz nie czuc sie jak bialy turysta, ktory spi w najdrozszym hotelu w miescie. A takim okazal sie naz Guesthouse, ktorego taksiarz odebral nas z lotniska. Katolicki taksiarz - na lusterku dyndal podczas jazdy drewniany rozaniec. A z okien chatki pod palma kokosowa widac morze. Wieje. Komara slyszalam wczoraj tylko raz. To jest jednak raj. Mam taki prezent: raj na dzien kobiet. To zadziwiajace, ze poprzednia podroz skonczyla sie wlasnie w dzien kobiet, a ta tego dnia sie na dobre zaczela. Takie kontinuum. 

Kobiety, ktore spotkalam na plazy, nie wiedza, co to za dzien. Bardzo sie tez zdziwily, kiedy spytalam, ile ich rodzice zaplacili rodzicom meza, zeby one mogly wyjsc za maz. Otoz w Karnatace placi maz rodzinie zony. Ha! Co nie znaczy oczywiscie, ze nie jest tez odwrotnie - o czym pisalam kilka postow wczesniej.


Kobietom tu zagladajacym zycze, by nie musialy walczyc o podstawy. A propos - ciekawa jestem, jak sie udaly wczorajsze polskie manify.

poniedziałek, 1 marca 2010

Indian paradise pilgrimage/Pielgrzymka do raju

Oczekiwanie na wizę jest takie emocjonujące.
Bardzo uprzejmy i uśmiechnięty pan w konsulacie indyjskim ubrany w pasiastą koszulę powiedział, że 5 dni przed wylotem it is a little bit to late. Ale uśmiechnął się tajemniczo, kiedy odpowiedziałam na jego pytanie o cel podróży.
No bo jadę do raju. Takiego utraconego trochę co prawda, ale zawsze to jakiś posmak raju chociaż. Hipisi już dawno stamtąd odjechali, a ci co zostali, mają teraz swoje guest house'y. House oraz trance to także słowa najlepiej (niestety) określające typ muzyki jaka obecnie króluje w tym raju. A kiedyś królował tu Bob Marley.

Zacznę od najpiękniejszego zakątka, malowniczej i jeszcze miejscami podobno dzikiej plaży Palolem. Spełnię moje małe marzenie: popływam z delfinami!
O ile dostanę wizę.

A potem razem z moim travel partnerem ruszymy w głąb. Bardzo ciekawią mnie portugalskie pozostałości kolonizatorskie, podejrzewam też, że ciekawym doznaniem może być obcowanie z katolickimi kościołami z XVI wieku w hinduskim jednak wydaniu. W Old Goa jest najwięcej w katolickich świątyń w całych Indiach. To jedyny taki zakątek. Ciekawe, czy będę sie czuła jak na wielkopostnej, indyjskiej pielgrzymce?

A potem - zobaczymy. Zrealizować chcę kilka planów - fotograficznych i - powiedzmy - socjologicznych. Odwiedzę znajomego - mamy trochę do porozmawiania. No i pójdę do wróża. Mam nadzieję, że nie złapie ani malarii ani dengi - co, przyznaję, napawa mnie lekkim strachem. Jutro łykam Arechin. Na miejscu kupię Malarone – w razie czego, choć mam wielką nadzieję, że się nie przyda. Na oficjalnych stronach o malarii (www.malariasite.com) władze Goa zalecają profilaktykę, ludzie, którzy tam byli ostatnio twierdzą, że na Goa nie ma malarii.

Malarię do Europy przywieziono ostatni raz w 2007 roku. A właściwie tylko z tego roku udało mi się znaleźć dane. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że od 4 lat nikt nic nie przywiózł. Na tej liście nie ma Polaków ani Polek. Co nie znaczy, że nie muszę łykać tego świństwa. Wolę, mimo wszystko chyba, mieć jako taki komfort. Tak, jestem przewrażliwiona. Trochę tylko. No dobrze - więcej niż trochę.


Fot. Bez związku z tekstem. Obrazuje może tylko to, że dużo pracuję, żeby zdążyć ze wszystkim przed wyjazdem.

No i na jogę czasu już chyba tam nie starczy, ale za to na pewno znajdę go trochę na zakupy. Właśnie, czy komuś coś przywieźć? A może kartkę?