środa, 8 kwietnia 2009

Woman still working/Kobieta jeszcze pracująca


Sikandra/Agra
Właścicielka jedynego w mieście baru z mięsnymi hamburgerami. Stołuje się w nim Ania, Polka z Krakowa, studentka języka hindi na wymianie Instytutu Filologii Orientalnej UJ z Uniwersytetem w Agrze. Polska dziewczyna zadziwia przechodniów, gdy płynnie przeklina w hindi, dając do zrozumienia bezczelnnie zaczepiającym ją Indusom, by dali sobie spokój.



A poza tym.

Wszystko leci mi z rąk. Wszystko się sypie. Zastawa redakcyjna zmniejszyła się o filiżankę i talerzyk, z mojej domowej kolekcji zatytułowanej Każdy Talerz Z Innej Parafii (teraz podobno bardzo trendy jest mieć różne talerze, no cóż, nie wiedziałam, że ta zbieranina jest designerska) także ubył jeden. Wypadł mi z ręki, zanim zdążyła wylądować na nim (mięsna) parówka, ten biały, który kiedyś dostałam w prezencie gwiazdkowym od Koleżanki zwanej K. Zostały drobne białe igiełki bardzo rzucające się w oczy na zielonych kafelkach podłogi kuchennej. (Czasem wydaje mi się, że to tak, jak z naszej przyjaźni z Koelżanką K. – zostały setki drobnych wspomnień. I nie da się chyba posklejać ich już w całość.) W sklepie zahaczyłam o półkę z szamponami – na szczęście w plastikowych butelkach. To się musi skończyc. Bo inaczej to się skończy źle.

To proste – szybko przestałaś być dziewczynką, więc twoja wewnętrzna dziewczynka nie miała kiedy być małą dziewczynką, bo musiała wydorośleć. No i dlatego teraz tam siedzisz – w świecie tych dziewczynek – i piszesz jakieś bzdury, o których na drugi dzień zapominasz. A przecież chciałaś poruszać ludzkie sumienia wielkimi reportażami, i co?! – zauważa z wyrzutem mądra znajoma. Rzeczywiście, wewnętrzna dziewczynka ma już dość przedszkola. Czyżby dorosła? Może w końcu dziewczynka zostawi swoje stare zabawki.

Mój ulubiony Transinstytut zamierza przenieść się częściowo do innego miasta, a prawie na pewno przeniesie studia doktoranckie. Bo tamto masto dostanie dofinansowanie dla doktorantów. Stolica, wiadomo, przecież żadnych pieniędzy nie potrzebuje. Nie lubię zmieniać długofalowych projektów. Ale chyba zrobię wyjątek i zmienię ten szeroko zakrojony na życie plan. Nigdzie nie jadę, co – źle mi tu?!

E-mail od przemiłej kobiety z instytucji popularyzującej kulturę indyjską w Polsce: Czy jest pani zainteresowana zorganizowaniem wystawy zdjęć z pani podróży po Indiach? No, eee... hmm, oczywiście, tak, jestem zainteresowana, tak, chętnie się spotkam. Oczywiście, że jest mi miło i czuję się połechtana. Wymyślam więc temat, wybieram zdjęcia. Zastanawiam się nad podpisami, opisami i kolorami passe partout. A potem telefon: Wie pani co, na razie nic nie wiadomo, organizator nie potwierdził, i mamy ograniczony budżet... No wie pani, jak to jest, wszystko się może jeszcze zdarzyć, ale niczego nie obecuję – musimy zrobić selekcję. Tak, da znać. To się musi skończyc. Bo inaczej to się skończy źle.

2 komentarze:

Matylda_ab pisze...

Chcę się przywitać. Witaj. Widzę, że na Twoim blogu mam sporo do poczytania. Muszę nadrobić, bo zaciekawiłaś mnie. ;)

ulotny pisze...

Dzien dobry, wzajemnie, Matyldo, milo mi i zapraszam. Dobrych swiat:)
A