poniedziałek, 11 stycznia 2010

Salaam Bombay hurts/Film, który boli

Wcale już nie chcę jechać do Indii. Naprawdę. Po obejrzeniu tego filmu. Zastanawiam się, jak bardzo inaczej ułożyć się mógł mój związek z Indiami, gdybym ten film obejrzała dwa lata temu. Mam tylko nadzieję, że to niechęć chwilowa, jak słabość chwilowa.

Film - jak to zwykle u Miry Nair - społeczny, mocno jątrzący i pokazujący prawdziwe, ciemne oblicze Indii. Choć może nie powino się używać słowa zwykle akurat w tym przypadku, bo to debiut reżyserki, który przesądził pewnie o tematach, jakie Nair podejmowała później. Danny Boyle wcale nie był prekursorem w zatrudnianiu w filmie prawdziwych dzieci z prawdziwych slumsów. Prawdziwe, biedne i bezdomne dzieci pracuwały w 1988 roku przy Salaam Bombay u Miry Nair.

To głównie dzieci grają tu pierwszoplanowe role. Ale bohaterów jest kilku: mały Krishna, na którego historii osnuta jest fabuła. Jest też Ciulim, z którym Krishna się zaprzyjaźnia. Ciulim to nieudolny dealer, który więcej sam spala haszyszu niż sprzedaje, za co w końcu zostaje wylany z pracy przez humanitarnego szefa, który w ramach kary smaga go jedynie kilkanaście razy skórzanym pasem. Ciulim jest narkomanem i stacza się coraz bardziej. Kto mu pomaga? Krishna. Beznadzieja sytuacji Ciulima jest dojmująca jak sytuacja każdego narkomana. Smutek kroić można nożem na jego widok, smród niemal czuć z ekranu, kiedy się patrzy na jego brudne ubranie i żałośnie wykrzywioną twarz. Dlatego m.in. nie lubię używek. Chwila przyjemności okupiona zeszmacaniem się i traceniem kontroli nad sobą. I dlatego może miejsce ma objawiająca się już teraz tylko ciszą dezaprobata za każdym razem, kiedy jeden bliski mi człowiek pali marihuanę z narkotyzującymi się od dawna i regularnie kolegami. Nie lubię, uważam, że to jest głupie po prostu, że to jest oszukiwanie psychiki, otumanianie się chwilowe, zamulanie, odsuwanie na bok niewygodnych myśli, a wszystko pod nędznym dość pretekstem wyluzowania się. Sama zapaliłam może kilka razy w życiu i za każdym razem było mi nieswojo i duszno, a za jednym razem - a było to w czasach licealnych - rozbolało mnie tak serce i wpadłam w panikę tak silną, że chciałam wzywać pogotowie. Co prawda kilka chwil wcześniej widziałam jelenie. Byly całkiem przyjaźnie nastawione i biegały sobie po schodach domu, w którym trwała impreza. Jelenie, co ciekawe, widziała też wtedy moja przyjaciółka, choć w rzeczywistości żadnych jeleni oczywśicie nie było. Od tamtej pory narkotykom wszelkim stanowczo mówię NIE. I nawet w Indiach nie skusiłam się, by spróbować tamtejszego shitu. Może to przejaw braku otwartości umysłu albo skrajnego sztywniactwa, ale to, co się dzieje u
naszych sąsiadów trochę mnie śmieszy, ale też trochę przeraża.
Ale wróćmy do Bombaju. Ważnymi bohaterkami są też mała Manju i jej matka Rekha, prostytutka, która staje się na czas pobytu Krishny także trochę matką Krishny. Miał się z nią ożenić ojciec jej dziecka, quasiszef burdelu (szefową jest oczywiście kobieta, burdelmama z prawdziwego zdarzenia), czyli Baba, sutener i boss sprzedawców narkotyków w dzielnicy czerwonych latarni w Bombaju. Tego ostatniego zagrał piękny hinduski odpowiednik naszego Jeana Reno, czyli Nana Patekar, który teraz wygląda tak (w Salaam Bombay wyglądał jeszcze lepiej, ale cóż począć - jak może w 2010 roku wyglądać ktoś, kto urodził się 1 stycznia 1951 roku):



Ale jak się pewnie domyślacie mimo wyglądu amanta Baba to zwykła świnia, która bez skrupułów najmuje dzieciaki do brudnej roboty i wypożycza dziewice od burdelmamy. Baba nie daje ani grosza błagającym go o pieniądze dzieciakom, za które chcą kupić działkę dla dogorywającego Ciulima. Ten wątek jest poruszający, nie napiszę, co się wydarza dalej, bo może zechcecie obejrzeć film. Powiem tylko, że to, co obejrzałam sprawilo, że nie chcę wracać do Indii. Słabość chwilowa, jak już mówiłam. A może nikogo ten film już nie porusza? Sądzę jednak, że rzeczywistość indyjska sprzed 12 lat chyba jednak jest wciąż aktualna. Mira Nair jak zwykle genialnie zagrała na uczuciach. Wie co wzrusza i co najbardziej boli. W 1988 roku film zdobyl zlotą Palmę w Cannes. Polecam, jeśli jeszcze nie znacie.



Fot.: www.hindilyrics.net/profiles/nana-patekar.html

5 komentarzy:

Matylda_ab pisze...

Ja też mówię stanowcze nie używkom zniewalającym umysł. Też kilka razy zdarzyło mi się zapalić "trawę". Nawet raz widziałam swojego anioła stróża, który coś do mnie mówił, tyle, że ja nie mogłam nic z tego co mówił, usłyszeć. Jakaś niewidzialna ściana między nami była. ;) A innym razem widziałam dwa księżyce. Ech, Byłam młoda i głupia. ;) Nigdy więcej!
A film ciekawy.

ulotny pisze...

a po czym poznałaś, że to TWÓJ anioł?
zdecydowanie ciekawsze wizje, niż jelenie:)

magamara pisze...

Potrafie sobie wybrazic przerazajacy realizm tego filmu. Lubie kino, ktore porusza, ten film jest jednak z gatunku takiego, co daje mi mocno po glowie i nie opuszcza mysli przez wiele wiele dni. Moze kiedys odwaze sie obejrzec. Dziekuje za polecenie.

Mowiac o kinie, ktore potrafi wstrzasnac, widzialam kilka dni temu "Nation without women" Manisha Jha, o fikcyjnej wiosce, w ktorym nie ma kobiet (male dziewczynki za to ze urodzily sie dziewczynakmi" byly zabijane), a mezczyzni zmieniaja sie w bestie. Naprawde porazajacy, nie moge sie otrzasnac...

ulotny pisze...

@magamaro, może ten film, o któym piszesz wcale nie jest taką fikcją? Zainspirował mnie Twój komentarz, i jednocześnie właśnie w Trójce Krzysztof Renik z New Delhi mówił o tym, że dziś jest Dzień Córki. Wynik - wpis powyżej.
Swoją drogą, jesli nic się w Indiach nie zmieni, to swiat bez kobiet może stać się faktem...

szwalgin pisze...

.