czwartek, 5 listopada 2009

Street Food Mumbai/Smacznego

Jakiś czas temu w sercu Żoliborza, a dokładniej w dawnym D.H. Merkury, kupiłam prawdziwe indyjskie metalowe naczynia: śliczne, małe błyszczące miseczki (katoris) na ryż, sosy lub warzywa, tacki (thali) na smażone ziemniaki lub czapati, które ustawia się na wielkich paterach (thal). Wszystko od 4 do 6 zł za sztukę i Made in India. Zafascynowały mnie i przypomniały smaki i zapachy. Masala tea z kardamonem i mlekiem, czapati z gotowaną soczewicą, czarnuszka, intensywnie drażniąca woń kurkumy i szafranu, korzenny imbir i białe kawałki miękkiego, lekko słodkiego serka zatopione w sosie curry. I mleczny drink lassi. Wszystko to można kupić w Polsce w sklepach sieci Kuchnie Świata To dobrze i nie dobrze też. Bo produkty z tych sklepów do świeżych raczej nie należą i smakują inaczej, niż w Indiach. I przez dostępność tracą (dla mnie) posmak egzotyki. Co innego jedzenie w restauracjach – smakuje lepiej. Choć nie sądzę, żeby cieciorka podawana np. w Bollywood pochodziła z upraw indyjskich (raczej jest to odmiana europejska), to przyrządzają ją indyjscy kucharze (widziałam!), a podają ubrani w ładne uniformy hinduscy studenci polskich politechnik. I tylko strzelają w półmrok zadymionych sal tymi swoimi białkami w oczach.

No więc w rzadkim w ostatnich jesiennych czasach przypływie energii i dobrego humoru postanowiłam zająć się kuchnią. To nowe i niecodzienne dla mnie doświadczenie. Z reguły w kuchni króluje chłopak, który nie mając patriarchalnych korzeni nie przejawia przekornych, antykuchennych tendencji. Sztuka kulinarna jest mi więc obca, ale podobno też "jak chcę, to potrafię". Po obejrzeniu odcinka "Street Food" z Bombaju, chcę jeszcze bardziej. Smacznego.



Ale uważajcie, jeśli obejrzycie drugą część filmu. Zobaczycie to, co zobaczyła dziennikarka Divya Gopalan, która wybrała się do slumsów Dharavi, skąd – jak się okazało – pochodzi duża część przekąsek sprzedawanych na ulicach i w restauracjach Bombaju. O higienie w naszym, europejskim pojmowaniu nie ma co tu w ogóle wspominać, bo to pojęcie mocno względne dla mieszkańców Dharavi. Przemysł spożywczy w największych slumsach Azji kwitnie z trzech powodów: 1. taniość składników, 2. taniość dostaw do restauracji i 3. taniość siły roboczej. Doskonale powody te znają lokalni mafiozi. Tylko dzięki nim domowi producenci jedzenia z Dharavi mogą się dostać ze swoimi wyrobami do miasta.

2 komentarze:

Mój drugi blog pisze...

Dziękuję za filmiki, zaraz obejrzę. Uwielbiam gotować, a kuchnie indyjską uwielbiam szczególnie (choć jadam ją przede wszystkim w knajpach - muszę zająć się nią w domowym zaciszu). Ja bardzo lubię sklepy Kuchnie Świata, choć uważam podobnie jak Ty, że mają także swoje minusy. Jednak dla mnie chyba więcej plusów. Pracuję na Żoliborzu, muszę wstąpić do dawnegoMerkury, może jeszcze dostanę naczynia takiej, jak Ty! Masz jakieś książki kulinarne o Kuchni indyjskiej?

ulotny pisze...

No, zajrzyj, może jeszcze są. Albo zapraszam do mnie na jedzenie z prawdziwych indyjskich naczyń:) Mam też do kompletu kubeczki, które przywiozłam z Kalkuty. Książkę - owszem, przywiozłam z Bombaju, ale gdzieś leży zamknięta w szafie przed kotem.