wtorek, 20 stycznia 2009

Temptation/Kuszenie

Dziś jest 20 stycznia. Do końca lutego zostało 40 dni. I 40 nocy. Czas na kuszenie.
Co może się w tym czasie wydarzyć? Co?! Coś? Cokolwiek...

I nie chodzi mi wcale o film pt. "40 dni i 40 nocy". Choć może wcale nie byłoby tak znowu głupio wcielić w życie postanowienie głównego bohatera tego (podobno marnego, ale śmiesznego) filmu. Kuszenie to kuszenie. Uleganie lub trwanie. Wygrywanie lub przegrywanie. Ze sobą.

Różni ludzie doszukują się wielu analogii, a nawet podobieństw pomiędzy Buddą a Chrystusem. Niektórzy uważają, że Budda jest wręcz pierwowzorem Chrystusa. Zatrzymajmy się na chwilę, moi mili, i weźmy taki prosty przykład jako materiał do tej krótkiej refleksji: Budda też był kuszony! Co prawda medytował kilka dni dłużej i był trochę starszy - miał wówczas 35 lat, podczas gdy Jezus umartwiał się jako 30-latek właśnie przez 40 dni i 40 nocy. Sidhattha Gotama siedział pod drzewem figowym w Bodhgai przez 49 dni i nocy, zanim stał się Buddą. Wcześniej włóczył się po wioskach i pustyniach, żyjąc w całkowitej ascezie i smutku. Doszedł jednak do wniosku, że zamartwianie się i ascetyczny tryb życia nic nie dają, a osłabiają tylko ciało i umysł. Miał inny pomysł na dojście do jasności. Usiadł pod drzewem i postanowił nie wstawać, aż nie dozna oświecenia. A było 5 wieków przed Chrystusem.

Obaj mieli w sobie niepokój egzystencjalny... Adam Szostkiewicz w POLITYCE z 15 grudnia 2008 roku pisał tak:

Gautama jest kuszony, by wstał spod rozłożystego figowca i przerwał medytację. Mara, indyjski szatan, bombarduje go złymi wieściami, podsuwa erotyczne wizje, napuszcza żywioły przyrody. Mara żąda dowodów, że Gautama nie jest szarlatanem, że nie szuka tylko rozgłosu. Lecz tak jak Jezus na pustyni, Gautama nie ulega kusicielowi. A świadczy za nim Ziemia, której Gautama dotknął dłonią atakowany przez Marę. – Ja jestem jego świadkiem – odzywa się Ziemia głosem gromu. Uderzająco podobną scenę znajdujemy w Ewangelii: – Tyś jest mój Syn umiłowany – odzywa się niebo na widok Jezusa wychodzącego z Jordanu, gdzie przyjął chrzest od Jana.


Ciekawe, kim będę za 40 dni i nocy.
Czy coś/ktoś zagrzmi? A jeśli tak, to będzie miał powód do grzmienia?

Nie, nie, no co wy! Wcale nie uważam się za kolejne wcielenie któregoś ze wspomnianych tu bohaterów. Otóż za 40 dni i nocy, jak wspomniałam, będzie koniec lutego. Koniec lutego to: koniec zimnego łóżka, koniec samotnych pryszniców i śniadań, koniec kupowania jednego kotleta sojowego (zamiast dwóch), koniec wysokich rachunków za telefon, koniec nocnych pobudek na dźwięk przychodzącego esemesa, koniec miauczenia kota słyszącego otwierające się drzwi od windy na korytarzu, koniec legalnej marihuany, koniec kontraktu, koniec kryzysu.


Drzewo Buddy w Bodhgai, a jakże. Fot. www.wikipedia.pl

2 komentarze:

Dąbrówka Sierp pisze...

możesz mnie oświecić, dlaczego akurat z końcem lutego?
i dlaczego koniec z zimnym łóżkiem? jaki koniec kontraktu?
i niezłe jest, że 49 (uwaga ! 49 ) dni i nocy medytował budda. 49 to moja święta liczba.
i właśnie miałam cię spytać, czy nie poradziłabyś mi jechać do bodhgai (po kalkucie).
no, i czy lecisz też - czy jak?
madrugada ew

ulotny pisze...

Ev, jedz! jak 49 to koniecznie do Bodhgai! - sluze adresami i telefonami:)) a co do oswiecenia Ciebie... nie moge,tutaj, w mejlu,moze, jak ochlone troche.
i kto wie, moze tez polece, odlece, albo raczej odplyne;)